Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

COŚ DO I O ŚMIECHU CZYLI SPOTKANIE Z EDUARDO MENDOZĄ

W poniedziałek, po spotkaniu z czytelnikami, Eduardo Mendoza powiedział mi, że świetnie mówię po hiszpańsku! Wyobrażacie sobie coś równie nieprawdopodobnego, satysfakcjonującego i motywującego zarazem? Gwoli prawdy powiedzieć muszę, iż wywnioskował to na podstawie zaledwie dwóch wyartykułowanych przeze mnie zdań oraz intensywności z jaką reagowałam na jego słowa.

IMG_5554.JPG4 X 2016, Eduardo Mendoza w Warszawie

Siedziałam w pierwszym rzędzie, kiwałam głową, śmiałam się z dowcipów, zarówno tych padających z jego ust, jak i tych samych, powtarzanych chwilę później przez tłumaczkę. To dlatego otrzymałam później w książce dedykację o treści: Dla Anny, która rozumie hiszpański i śmieje się we wszystkich językach. Ogromnie było mi miło, właściwie cały czas jest.

2016-10-06_174746.jpgPara Anna, que entiende el espanol y se rie en todos los idiomas:)

Zabawnie się czasem w życiu plecie. Kiedy niedawno dostałam od wydawnictwa Znak propozycję zrecenzowania najnowszej powieści Mendozy Tajemnica zaginionej ślicznotki, uśmiechnęłam się sama do siebie. Moja przygoda z książkami tego autora rozpoczęła się zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w związku z czym dobrze pamiętałam smak doznanego wówczas rozczarowania. Dnia pewnego poprosiłam w bibliotece Instituto Cervantes o polecenie mi czegoś wciągającego w języku hiszpańskim. Zarówno pani bibliotekarka, jak i obecny przy tym nauczyciel mojego synka, zakrzyknęli zgodnym chórem: Mendoza!!! Usłyszałam również, że literatura to przezabawna i że znając hiszpańskie realia będę zachwycona. Wypożyczyłam El laberinto de las aceitunas czyli Oliwkowy labirynt a podwójna rekomendacja sprawiła, że nie mogłam się wprost doczekać kiedy dotrę z książką do domu. Rzuciłam się na nią łapczywie i…. odłożyłam po trzech stronach. Czułam się oszukana, dużo czytam po hiszpańsku, są to raczej ambitne pozycje, takiego jednak oporu materii dotąd nie spotkałam.

cover-Mendoza.jpgKilka stron polskiego wydania Tajemnicy zaginionej ślicznotki i wszystko stało się jasne. Nie mogło być inaczej, język powieści Mendozy jest bowiem wyjątkową autorską kreacją, pierwszoplanowym bohaterem i znakiem rozpoznawczym pisarza. Specyficzna konstrukcja dialogów najeżonych skomplikowanym słownictwem, kontrast między ich wyszukaną formą a osobami, z których ust padają, humor słowny najwyższej próby – wszystko to przykleja czytelnika do powieści i nie pozwala zbyt długo odpocząć pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu. Śmiałam się już od pierwszej strony, niektóre frazy na bieżąco czytałam mężowi, raz nawet zrobiłam telefonem zdjęcie pewnego fragmentu i wysłałam mu do pracy.

Dużo radości przysporzyła mi historia z kierowcą autobusu, pochodzącym z Albacete, nie dość, że sama w sobie prześmieszna, to jeszcze… rozumiecie…rzadko zdarza się widzieć nazwę mego miasta na kartach powieści. Raz jeszcze jedyny natknęłam się na wzmiankę o kobietach z Albacete w Drogach do Santiago Nootebooma, poza tym cisza, co zresztą nie specjalnie mnie dziwi;)

Wracając do Tajemnicy powieść to zwariowana, przenosząca natychmiast w gęste opary absurdu. Mamy tu i humor sytuacyjny i groteskowe obśmiewanie wszelkich świętości: małżeństwa, rodziny, ojczyzny; dostało się nawet Barcelonie - rodzinnemu miastu pisarza i zarazem miejscu akcji. Jest to kryminał a raczej antykryminał, gdyż owszem, mamy wątek kryminalnej zagadki i śledztwa w jej sprawie, ale wszystkie postacie w nią zamieszane to galeria dziwaków, nieudaczników i kolorowych ptaków rodem z filmów Almodovara. Sama historia ma zresztą drugorzędne znaczenie, jest tylko pretekstem, szkieletem, co autor jasno dał do zrozumienia zbyt wiele zdradzającym tytułem. Cała zabawa i cała przyjemność ma źródło w cudownie absurdalnym poczuciu humoru Mendozy.

Skończywszy Tajemnicę zaginionej ślicznotki miałam ochotę na więcej, wiedziałam, iż jest to ostatnia z serii detektywistycznych przygód, którą łączy ta sama postać głównego bohatera (chciałoby się powiedzieć antybohatera), sięgnęłam po Przygody fryzjera damskiego, na czym z pewnością nie poprzestanę. Ambitnie postanowiłam wrócić również do wydania hiszpańskiego, przynajmniej wiem teraz z czym przyjdzie mi się mierzyć.

Ambicje ambicjami a rzeczywistość jest okrutna, gdyż nie pamiętam już nawet co znaczy mieć czas dla siebie. Mój czas pochłania w całości praca, dom i nauka Szymona, który rozpoczął czwartą klasę a język polski wciąż jeszcze stanowi dla niego wyzwanie. Żyję w biegu i niedoczasie, dlatego tak bardzo cenię sobie chwile, jak te spędzone na spotkaniu z Eduardo Mendozą, wybijające z codziennej rutyny, pozwalające pobujać trochę w chmurach, motywujące do dbania o język. Język hiszpański jest dla mnie czymś bardzo ważnym, nie tylko jako użyteczne narzędzie ale też jako część tożsamości. Czasami od niego uciekam, gdyż ma wielką moc przywoływania niechcianych wspomnień, a jednocześnie uwielbiam chwile, które pozwalają mi się całkowicie w nim zanurzyć. Takimi były właśnie dwa ostatnie spotkania z hiszpańskimi pisarzami, również wyjście do kina na najnowszy film Almodovara.

Eduardo Mendozę pociągnęłam zaś za język, w kwestii języka jego książek. Nie zgodził się że mną, że jest skomplikowany, za to po tym, jak skończył wypowiedź, poprosił jeszcze raz o mikrofon, twierdząc, że chce coś dodać, bo to interesujący temat. Mnie najbardziej ucieszył fakt, że jednym ze źródeł jego inspiracji są, obok języka ulicy i przemówień polityków, ulotki dołączane do lekarstw.