Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

FLAMENCO - HISTORIA PEWNEGO ZWIĄZKU

„To skomplikowane” - tak powinnam określić status mojej relacji z flamenco. Przede wszystkim było dla mnie zawsze symbolem utożsamiania Hiszpanii z Andaluzją, co działa na mnie jak przysłowiowa płachta na hiszpańskiego byka. Przez siedem lat przeżytych w tym kraju, miałam okazję uczestniczyć w pokazie flamenco tylko jeden raz (klik) i był to w dodatku tajny koncert dla wybrańców, śladu innych nie odnotowałam.

Wielokrotnie pisałam o zróżnicowaniu Hiszpanii, o silnych podziałach i przywiązaniu do miejscowego folkloru. Miejscowego czyli wywodzącego się z poszczególnych regionów autonomicznych (comunidad), z konkretnych miast i pueblos. Hiszpanie są narodem bardzo „pueblocentrycznym”, są to lokalni patrioci kultywujący i propagujący w każdej części kraju swój własny, odrębny folklor. Kultura flamenco nieodłącznie związana jest z Andaluzją, skąd pochodzi i gdzie głównie się rozwija, robienie z niej zatem symbolu całej Hiszpanii, świadczy o bardzo powierzchownej (delikatnie rzecz ujmując) wiedzy na temat tego kraju i niepotrzebnie utrwala stereotypy. 

DSC04325.JPG

Dawno temu w Marbelli (Andaluzja)

W pewnym momencie słowo na „f” urosło do rangi mojego osobistego wroga, każde wystąpienie na temat Hiszpanii zaczynałam od tego, że tamtejszy folklor to nie tylko flamenco, lub że chcę publiczności pokazać Hiszpanię daleką od stereotypów, jednoznacznie kojarzących ją z południem. Nadal będę tak robić, w pewnym jednak momencie postanowiłam poznać „wroga”, zapisując się w Instituto Cervantes na cykl warsztatów Flamencomania. Złożyło się na to kilka czynników, po pierwsze prowadzący – Arturo el Polaco, występował przede mną na Dniu Hiszpańskim w Brwinowie, co uznałam za znak (ha, ha), po drugie warsztaty odbywały się w czasie, kiedy moje dziecko ma zajęcia w Instituto, czyli lepiej się złożyć nie mogło.

I tak oto, jak ten wilk w owczej skórze, znalazłam się w gronie flamencomaniaków, na szczęście prowadzący szybko zapomniał o pomyśle przepytania nas na okoliczność motywacji, zdążyła się wypowiedzieć tylko jedna osoba;) Podsumowując udział w sześciu spotkaniach mogę powiedzieć jedno – wsiąkłam:) Niebagatelne znaczenie miała tu osoba Arturo, „polskiego Hiszpana” czy też raczej „hiszpańskiego Polaka” - gitarzysty flamenco znającego temat zarówno od strony teorii jak i praktyki. Człowiek ten niezmiernie dowcipny, wprowadził nas w temat swobodnie, prezentując sylwetki wielkich gatunku bez zadęcia, z humorem, co sprawiło, że dawno się tak nie uśmiałam a jednocześnie wiedzy przybywało. Wiedzy i ciekawości a także otwarcia na zupełnie nowy rodzaj muzyki. Flamenco nie jest bowiem gatunkiem łatwym w odbiorze, a już na pewno nie na początku; jestem zdania, że trzeba z nim trochę poobcować, wgryźć się, poznać też nieco teorii, żeby móc odpowiednio docenić.

To właśnie ciekawość zaprowadziła mnie na koncert śpiewaczki z Sevilli – Cristiny Tovar, zaproszonej przez Arturo na występ z cyklu Peña Flamenca Triana. Wybrałam się nań z moim zapracowanym i przemęczonym mężem, bijąc tym samym nasz życiowy rekord, popełniając mianowicie dwa koncerty w jednym miesiącu. Ach co to był za koncert - Świetne ale bardzo wyczerpujące – powiedział M. zaraz po jego zakończeniu. W jakim sensie wyczerpujące? - zapytałam, nie wiedząc co ma na myśli, podejrzewając jednak, że wysiłek artystów. Okazało się, że wręcz przeciwnie – chodziło o emocje, jakich doświadczają słuchacze; wyobraźcie sobie zatem jaka energia krążyła w powietrzu. Ja również doświadczyłam jej mocno, głęboko emocjonalna muzyka, zwłaszcza w połączeniu z tańcem, wprawiała mnie w stan dziwnej euforii, zupełnie nie czułam upływu czasu, czyżby tak miało wyglądać duende?;) 

12039540_10206400601322830_8408036085125462440_n.jpg

Cristina Tovar w Instituto Cervantes

To właśnie głębia, smutek, wyśpiewywanie na głos bólu istnienia, jest tym, co najbardziej pociąga mnie we flamenco. Bo choć gatunek ten prezentować może szeroką gamę nastrojów, posługując się kilkudziesięcioma stylami zwanymi palos; choć istnieją style wesołe, jak alegrías czy bulerías, to właśnie charakterystyczne smętne zawodzenie najbardziej trafia mi do serca, mówiąc jednocześnie najwięcej o korzeniach zjawiska. Teorie na temat źródeł jego pochodzenia są różne, faktem jest, że powstało wśród andaluzyjskich Cyganów, będąc zapewne antidotum na ich ciężki los. Flamenco nie jest bynajmniej gatunkiem skostniałym, ma swoje kamienie milowe, gwiazdy tańca, śpiewu i gitary, które stawały się punktami odniesienia dla następnych pokoleń.

Kształtowanie się zjawiska przypadło na drugą połowę XIX w., jego rozwój miał ścisły związek z powstaniem tzw. cafes cantantes czyli barów, które kilka razy w tygodniu pełniły rolę sal koncertowych. Najważniejsze z nich powstały w Madrycie i w Sevilli, początkowo występować mogli w nich tylko mężczyźni. Generalnie męski śpiew flamenco był zjawiskiem poprzedzającym śpiew kobiecy, gdyż przywilejem mężczyzn były spotkania poza domem, we własnym gronie. Stąd liczne grono świetnych śpiewaków u początków rozwoju gatunku. Pierwsza kobieta w cafe pojawiła się na początku XX w., była nią Pastora Pavon zwana Niña de los Peines – wszechstronna śpiewaczka, która miała to szczęście, że jej słynny brat, śpiewak Tomas Pavon, zabierał ją ze sobą i towarzyszył, dbając o jej reputację. Wraz z powstaniem cafes cantantes pojawił się taniec flamenco w pełnym znaczeniu tego słowa. Wielu artystów przyjmowało w tym czasie sceniczne imiona, których członem był wyraz niña lub niño czyli dziecko. Był to rodzaj hołdu „staremu flamenco”, podkreślający silny z nim związek.

W latach 20 XX w. flamenco przestało być sztuką kameralną, zaadaptowało na swoje potrzeby elementy zarzueli i opery a jego przestrzenią stały się duże sale koncertowe. Stan ten trwał do lat 50 tych, kiedy nastąpił powrót do korzeni. Jednym z bardziej fascynujących okresów w historii gatunku są lata 60 - 80 XX w., wtedy to pojawiają się wielkie gwiazdy – śpiewak Camarón de la Isla i gitarzysta Paco de Lucía. Jest to również okres wielkiej nobilitacji flamenco, najbardziej znani artyści zapełniają stadiony, w 1972 r. Paco jako pierwszy gitarzysta flamenco zostaje zaproszony do Teatro Real w Madrycie. Są to lata eksperymentów, rewolucji i ponownych powrotów do źródeł.

To tak w bardzo wielkim skrócie, bo pisać można w nieskończoność, o artystach, strojach, stylach, instrumentach. Na warsztatach zapisałam wiele kartek, notując nazwiska najważniejszych śpiewaków, gitarzystów i tancerzy: Carmen Amaya, Antonio Mairena, Tomatito, Enrique Morente, Farruco, rodzina Agujetas i wiele wiele innych (kolejność przypadkowa). Zafascynowali mnie przede wszystkim ci wykonawcy, którzy swój niebywały poziom osiągnęli niejako niechcący, od zawsze śpiewali, urodzili się niemal z gitarą w ręku – to przypadki całych rodzin, w których flamenco przesiąka z ojca na dzieci i tak od pokoleń. Często są to tzw. trudne charaktery, jednostki skonfliktowane z prawem, za to flamenco mające po prostu we krwi.

I mnie zdarzyło się klaskać, tupać a nawet śpiewać: Triana, Triana, que bonita está Triaaaana, połknęłam bakcyla i już przebieram nogami na myśl o nadchodzącym występie tancerza El Oruco. 

A tak poza tym maluję, matkuję a czasem też występuję. Już niedługo opowiadać będę o Hiszpanii, zaproszona przez stołeczną Ursynotekę. Trzymajcie proszę kciuki:)