Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

Galicja

GALICYJSKA WYSPA I MORZE DYGRESJI

Pewnie dziwnie to zabrzmi ale wydaje mi się, że z Hiszpanii wyjechałam już bardzo dawno. Zaraz po powrocie, każda niemal rozmowa zaczynała się od tego, że właśnie wróciłam. Była to pierwsza rzecz, która przychodziła mi do głowy, kiedy miałam się komuś nowemu przedstawić. Czułam się osobą „stamtąd”, była to część mojej tożsamości. Nadal jest ale w zupełnie inny sposób, nie tak bolesny i nie pierwszoplanowy. Proces adaptacji łatwy nie był, o czym nie raz wspominałam, starałam się w tym czasie jak najbardziej wzmocnić, nie rozdrapywać ran, nie narażać na emocjonalne huśtawki. Dlatego też nie szukałam w Polsce „hiszpańskości”, nie próbowałam stworzyć tu sobie namiastki tamtego życia. Raz przez przypadek znalazłam się z synkiem w sklepie z hiszpańskimi specjałami, wizyta skończyła się słowami: Chodźmy bo się zaraz rozpłaczę. Z czasem jest łatwiej, choć wczoraj, w tym samym sklepie, gdzie udałam się po wędzoną paprykę, aż mnie coś ścisnęło w dołku, na widok noży z Albacete. Wszystkiego mogłam się bowiem spodziewać ale nie widoku nazwy mojego miasta na ostrzach noży w ursynowskim sklepiku. Z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że gdybym jednak chciała, mogłabym kupić w Warszawie wiele produktów znanych mi z Hiszpanii. Przed Bożym Narodzeniem nabyłam w supermarkecie turron, widziałam też znajome małże w puszce i sardynki, o winie, oliwkach i oliwie już nie wspominając.

Ach małże – uraczę Was dziś widokiem tych galicyjskich. Próbuję o nich napisać już od lata, od dnia, kiedy usłyszałam w hiszpańskim radiu o fieście Virgen del Carmen. Siadłam wtedy do komputera i zaczęłam pisać, o Virgen i o naszym pobycie na galicyjskiej Arousie. Zaczęłam w lipcu a kończę dziś, na szczęście ani kulinaria ani fiesty nie tracą na aktualności:)

IMG_1305.JPGGalicja, port na wyspie Arousa.

Nawiasem mówiąc, słuchanie Radio Nacional de España było i jest słabym punktem mojego planu zwanego „żyję tu i teraz”. Dzięki niemu codziennie jestem w Hiszpanii i trochę głupio się przyznać ale znacznie lepiej zorientowana jestem w tym, co się tam dzieje, niż w naszych polskich realiach. Słucham dla języka ale też dla przyjemności, wiele się bowiem mogę dowiedzieć. Poza tym w radiu jak w soczewce, skupiają się te słynne „różnice kulturowe”. Mam niezły ubaw słysząc, jak oskarżony wysiada z pojazdu w kajdankach i koszuli marki Ralph Lauren, również kiedy prezenter oświadcza, że nie będzie go przez jakiś czas, bowiem zrobił badania i okazało się, że poddać się musi operacji. I jeszcze większy, kiedy jego koledzy dzwonią do niego, półprzytomnego, na żywo do szpitala a potem dyskretnie podsuwają słuchaczom przyczyny hospitalizacji: „To drobiazg, po prostu muszą mu włożyć coś, co mu wypada”. W największe jednak osłupienie wprawia mnie audycja zwana „Buena noticia” czyli dobra nowina. Jakież to dobre nowiny przekazują nam w narodowym hiszpańskim radiu? A no na przykład, że pewna amerykańska matka, dzięki aparatowi fotograficznemu odkryła, że jej dziecko ma raka w oku (retinoblastoma) i teraz już rodzice dziecka mogą odetchnąć z ulgą (sic!), bo wiedzą co mu jest. Albo, że surferzy uratowali tonących, było ich trzech, jeden utonął ale za to dwóch przeżyło. 

Ostatnio dominuje polityka, gdyż czas to w Hiszpanii gorący - wybory dawno się odbyły a nowego rządu wciąż nie ma, najczęściej jednak przysłuchuję się rozmowom o książkach, filmach i spektaklach czyli o szeroko pojętej kulturze. W lipcu zaś usłyszałam o fieście, która do tej pory jakoś mi umykała, gdyż miesiąc ten zwykliśmy spędzać w Polsce. Mowa o święcie na cześć Virgen del Carmen (16 VII), patronki morza, marynarzy i floty hiszpańskiej. Z zaciekawieniem przysłuchiwałam się wywodom na rzeczony temat. Rozmowy były ciekawe i wielowątkowe, począwszy od postaci patronki i jej matczynego aspektu (kogo, jak nie matkę, przywołują dzieci w chwilach zagrożenia), poprzez przydomek dziewicy – Carmen, które to imię wywodzi się od słowa „ziemia” rozumianego w tym wypadku jako bezpieczny ląd; aż po relacje z samych obchodów. Obchody zaś to przede wszystkim procesje, zarówno na morzu (ukwiecone statki) jak i na lądzie, nie tylko zresztą na wybrzeżu. W niektórych miejscach, na trasie procesji powstają wzorzyste „dywany” z barwionej soli, przypominające te z kolorowych trocin, o których Wam kiedyś pisałam (klik). Przypomniała mi się wówczas pewna konkretna nadmorska Dziewica, ta z Galicji, z portu na wyspie Arousa (na zdjęciu powyżej), gdzie zapraszam Was dziś, wprost na kulinarne fiesty.

IMG_1317.JPGOdbywały się one co chwilę, budząc we mnie dreszcz emocji i pragnienie spróbowania wszystkiego, co oferowały ustawione tam polowe kuchnie. 

IMG_1899.JPGMiało być taniej, niż zazwyczaj w barach, co podczas pierwszej fiesty, dedykowanej miejscowej odmianie małży zwanej almeja roja, przyciągnęło do portu tłumy. Zabawę psuło stanie w długich kolejkach w pełnym słońcu i polowanie na wolne miejsca przy stoliku, pozbawione niemal szans na powodzenie. Różnice w cenach nie były aż tak atrakcyjne, toteż podczas każdej kolejnej fiesty malało grono chętnych, z czego skwapliwie korzystaliśmy.

IMG_1315.JPGDziałaliśmy z Michałem zespołowo, obstawiając różne stoiska, doszliśmy w końcu do niezłej wprawy w tym fiestowym zdobywaniu żywności. Dzieci nawet nie próbowaliśmy zabierać na te polowania, przynosiliśmy im coś na ząb, na przykład szaszłyki z krewetek, sami zaś delektowaliśmy się różnie przyrządzonymi małżami, pieczonymi na ruszcie sardynkami, ośmiornicą czy empanadą, popijając to wszystko znakomitym albariño.

IMG_1337.JPGBraliśmy w sumie udział w trzech takich fiestach, z rozrzewnieniem wspominam smak i świeżość serwowanych tam specjałów, wiatr we włosach, zapach i widok Oceanu. Piękne to były czasy:)

IMG_1313.JPGDzisiejsze wspominki to tylko przystawka na zaostrzenie apetytu, następnym razem opowiem Wam o innych miejscowych specjałach, w tym o przysmaku tylko dla odważnych, zaproszę Was również do pięknej galicyjskiej winnicy. 

IMG_1335.JPGMuszle w panierce z nadzieniem z masy z owoców morza.

A zeszłoroczny lipiec, jak zresztą całe lato, na długo zapisze się w pamięci Hiszpanów. Takich bowiem upałów, nie pamiętają najstarsi mieszkańcy tej ziemi. Każdy kontakt ze znajomymi albaceteños zaczynał się wówczas utyskiwaniem na ekstremalnie wysokie temperatury. Cieszyłam się w duchu, że skoro już musieliśmy wyjechać, zrobiliśmy to tuż przed latem stulecia.

Bardzo ciepła jest również tegoroczna zima, nie pamiętam, żeby podczas siedmiu lat naszego pobytu w Albacete, w grudniu było kiedykolwiek dziewiętnaście stopni. Skutki tego Hiszpania odczuwać będzie jeszcze długo, ma to związek z zaburzoną wegetacją roślin i bardzo dużymi stratami rolników, które na pewno odbiją się w cenach wielu produktów.