Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

Galicja

MGLISTY KONIEC ŚWIATA

Witajcie, długo mnie tu nie było, dłużej niż zakładałam. Od kilku miesięcy pochłania mnie malowanie, mam z tego ogromną satysfakcję ale też czasu jak na lekarstwo. Innym powodem, ważniejszym nawet, była podjęta w którymś momencie decyzja – żyję tu i teraz, odcinam się od wspomnień, nie rozpamiętuję. Jedną z cech, które najbardziej u siebie cenię jest dobrze działający instynkt samozachowawczy, a ten podpowiadał mi, że tak będzie najlepiej. Trudne to było zadanie, wymagało odwrócenia się na jakiś czas od siedmiu lat własnego życia. Bardzo ważnych lat, przełomowych. Mam wrażenie, że wyjechałam będąc nieopierzoną dziewczyną, wróciłam zaś dojrzałym człowiekiem, bogatszym o wielki bagaż radości i smutków, jak również o szeroko pojęte „otrzaskanie” w świecie. 

IMG_1821.JPGA co to? A gdzie to? Cierpliwości, za chwile wyjaśnię:)

Minął już rok z kawałkiem odkąd wróciliśmy, trauma nagłego powrotu powoli przycicha. Każde z nas buduje swój nowy świat, docieramy się jako rodzina, która ma teraz inny rytm, inne zwyczaje. Niektórzy z nas radzą sobie lepiej, dla innych okres przystosowawczy się jeszcze nie skończył. Dzieci choć dobrze funkcjonują w swoich środowiskach, bardzo tęsknią za Albacete. Czasami zaczyna się niewinnie, wychodzimy z domu, jest piękna pogoda, synek mówi: Bardzo podoba mi się w Polsce, zaraz jednak dodaje: Ale w Hiszpanii też było dobrze, bardzo tęsknię za colegio, za kolegami, dlaczego nie możemy tam mieszkać? Kończy ze łzami w oczach a mnie ściska się serce – Wiem, wiem synku, przeżyłeś tam prawie całe swoje życie, wyjeżdżając zostawiłeś cały swój świat. Mania z perspektywy czasu doszła do wniosku, że jej hiszpańska klasa nie była jednak zbiorem małych potworów, tylko zwykłych rozbrykanych dzieci. Potwory i to nie małe chodzą do warszawskiego gimnazjum. Marzeniem naszej córki, jest pojechać za kilka lat do Albacete na uroczystość zakończenia szkoły przez jej dawną klasę, zrobię wszystko, żeby jej to umożliwić. Niezależnie od tego chodzi za mną myśl o sentymentalnej podróży w nasze stare strony, ciągle jednak wydaje mi się, że to za wcześnie, że taki powrót może nas za bardzo rozbić. Zastaniemy zapewne miasto nasze i nie nasze jednocześnie, wspominałam nieraz, w jakim tempie zmienia się krajobraz Albacete. Magda, która teraz właśnie tam jest, pisała, że powstało dużo nowych sklepów i kawiarni.

Dbam o kontakt nas wszystkich z językiem, Szymon chodzi raz w tygodniu do Instytutu Cervantesa na specjalne zajęcia dla dzieci hiszpańskojęzycznych, Mania, która do tej pory się opierała, twierdząc, że ma ciągłą styczność z hiszpańskim, doszła ostatnio do wniosku, że jednak sporo słów jej umyka, zacznie więc od przyszłego semestru. Związek z Instytutem ma ten dodatkowy walor, że mogę korzystać z tamtejszej biblioteki oraz co tydzień wypić kawę z Kasią, królową albacetańskich pikników, której córka również chodzi na zajęcia. Jest to okazja, żeby omówić wszelkie hiszpańskie nowinki (obie jesteśmy na bieżąco poprzez media dostępne przez internet), poplotkować na temat gwiazd tamtejszej muzyki itp.

Sama raz spotkałam się w barze z nieznanymi mi wcześniej warszawskimi Hiszpanami, która to inicjatywa miała związek z przynależnością do facebookowej grupy Españoles en Varsovia. Bardzo to było przyjemne doświadczenie, zwłaszcza, że dzięki słuchaniu codziennie hiszpańskiego radia, nie czułam żadnej bariery językowej. Najśmieszniejsze było zobaczyć na własne oczy, iż w stereotypach na temat antagonizmu między Hiszpanami z południa i z północy, jest sporo prawdy. Ja całą wiedzę na ten temat czerpałam dotąd z niezbyt udanego filmu „Ocho apellidos vascos” (klik), czułam się więc trochę jak w kinie, kiedy młodzieniec z Asturii, wypowiadał się na temat Andaluzyjki, która właśnie opuściła nasze grono: Bo kobiety z Polski to są inteligentne i wszystko wiedzą, można z nimi porozmawiać na każdy temat (to taka aluzja do mnie;)), a tamta, pff, założę się, że nawet nie wie, gdzie leży Oviedo.

Stali czytelnicy Caramby z pewnością to wiedzą, a tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, zapraszam do kliknięcia w zakładkę „Asturia”, na pasku z prawej strony. Wszystkich zaś porywam do sąsiedniej Galicji. Sporo mi jeszcze wspomnień stamtąd zostało: kulinarnych, historycznych, zabytkowych. Niedawno, za sprawą pogody, przypomniała mi się jedna z naszych wypraw i nabrałam dużej ochoty, żeby o niej napisać. A wszystko z powodu mgły, jakiś czas temu była tak gęsta, że spod Domów Centrum nie było widać Pałacu Kultury – zupełnie jak w La Coruñi – pomyślałam.

La Coruña – duże miasto portowe położone nad Oceanem Atlantyckim - utrwaliła mi się bowiem jako miasto znikającej wieży. Również zaciągniętego chmurami nieba, mimo najcieplejszego, najbardziej słonecznego hiszpańskiego miesiąca, jakim jest sierpień. To jednak była inna Hiszpania, niż ta z powszechnych wyobrażeń. Ta sama za to, w której w lipcu non stop pada deszcz a temperatura ledwie przekracza dwadzieścia stopni. Przyjechaliśmy nastawieni raczej spacerowo, jedynym konkretnym zabytkiem, na którego zwiedzeniu mi zależało była słynna Wieża Herkulesa (Torre de Hercules) – zbudowana pod koniec I w. n.e przez Rzymian, najstarsza działająca latarnia morska na świecie, zabytek z listy UNESCO. Podjechaliśmy dość blisko samochodem, wysiadamy, patrzymy a po wieży ani śladu. Idziemy w wyznaczonym kierunku a przed nami tylko zieleń trawy i zasnute niebo.

IMG_1849.JPGLa Coruña, Torre de Hercules.

Ale zaraz zaraz, z szarości nieśmiało wyłaniają się jakieś zarysy - a więc tu jesteś! Nie mogę uwierzyć, kiedy w końcu udało mi się dotrzeć na ten koniec świata (zajrzyjcie do mapy, nie przesadzam), nic nie zobaczę z powodu mgły. Zbliżamy się do budowli a z każdym krokiem rozczarowanie ustępuje nadziei. Mgła przerzedza się i coraz wyraźniej widać barokową sylwetkę wieży – efekt jednej z wielu przebudów. Kiedy będziemy schodzić, po mgle nie będzie prawie śladu, zacznie za to padać, co w gwałtowny sposób zakończy naszą wycieczkę.

IMG_1854.JPG

Na miejscu nie straszne nam 234 schody, wspinamy się na szczyt, gdzie przy akompaniamencie szalejącego wiatru podziwiamy cudne widoki. Zachwyca zwłaszcza Ocean, bo miasto z tej wysokości jawi się raczej mało powabnie.

IMG_1860.JPGA wiemy przecież, że to mylne wrażenie, zanim bowiem tu dotarliśmy spacerowaliśmy po starówce oraz po słynnej Avenida de la Marina, która jest drugim, obok okolic Torre, emblematycznym miejscem miasta. Jest to ulica, wzdłuż której stoją modernistyczne budynki o charakterystycznych przeszklonych, ażurowych elewacjach, tworzących ciąg przypominający architektoniczną koronkę.

IMG_1812.JPG

La Coruña, Avenida de la Marina (również na zdjęciu poniżej).

Delikatne te z pozoru konstrukcje to w rzeczywistości zabudowane balkony, które za zadanie mają dodatkową ochronę pomieszczeń przed wiatrem. To właśnie za ich sprawą La Coruña nazywana jest szklanym miastem.

IMG_1847.JPGPodobne rozwiązania można spotkać na pobliskim starym mieście, po którym również powłóczyliśmy się trochę. Galicyjskość tego miejsca wyzierała z okien restauracji, pełnych ośmiornic, małż, krabów i krewetek, w witrynach zaś piekarni kusiły wielkie empanadas, typowe dla tego miejsca wypieki. Bardzo smaczna i sycąca empanada gallega (czyli galicyjska) składa się z cienkich płatów chlebowego ciasta kryjących wytrawne nadzienie. Najczęściej jest to tuńczyk z cebulą, papryką, pomidorami i jajkiem na twardo...

IMG_2066.JPG... próbowałam również znakomitej empanady z owocami morza.

IMG_1891.JPGWycieczka do La Coruñi była wyprawą z pogodą w roli głównej, po latach stwierdzam, że to co początkowo zawodzi, jest jednocześnie tym, co sprawia, że pewne chwile lepiej zapadają w pamięć. Pogoda to ostatnio numer jeden również w Polsce, przynajmniej w mojej rodzinie, odzwyczajonej zupełnie od mrozów. Mam najwyraźniej na tym punkcie jakieś skrzywienie, bo codziennie sprawdzając prognozę, zerkam również na tę dla Albacete.

IMG_1837.JPGLa Coruña, Stare Miasto.

I zazdrość mnie ogarnia, bo w najgorszym wypadku jest tam kilkanaście stopni. Jeśli w Kastylii jest teraz tak ciepło, to co dopiero na wybrzeżu. Pamiętam nasze wypady do Torrevieja, kiedy to w styczniu jedliśmy lody na kawiarnianym tarasie wygrzewając się w słońcu. Mam wiecznotrwałe zaproszenie do Torre, od Małgosi, z którą nawiasem mówiąc częściej widuję się w Warszawie, niż kiedy obie mieszkałyśmy w Hiszpanii. Kiedyś zaszaleję i pojadę.

(Spontanicznych i spragnionych ciepła zachęcam do zapoznania się z hiszpańską ofertą last minute biura podróży ITAKA)  

A w następną niedzielę poprowadzę w domu kultury w pewnej podwarszawskiej miejscowości, dwa warsztaty poświęcone Hiszpanii, dla dzieci i dla dorosłych, czego nie omieszkam Wam zrelacjonować:)