Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

ZRÓB SOBIE HISZPANIĘ:)

Wiecie, że niektórzy ludzie wracający po latach z zagranicy boją się wychodzić z domu, patrzą na znajomy niby świat, jak przybysze z innej planety. Najzwyklejszy kontakt z zastaną rzeczywistością – pójście do sklepu, do urzędu, wysłanie dziecka do szkoły, jest źródłem stresu i frustracji, w najlepszym razie nieustającego zdziwienia. Niemożność odnalezienia się w nowym/starym miejscu, stany depresyjno – lękowe to codzienność powracających emigrantów. Wyjeżdżając za granicę wiemy jedno – będzie inaczej, podejmując taką decyzję jesteśmy na to nastawieni. Wracając nie mamy pojęcia, że czeka nas regularny szok kulturowy, bo jak to, takie rzeczy we własnym kraju?

Powrotowi do kraju rodziców/pochodzenia może towarzyszyć złudzenie, że jest to kraj bliski bo rodzinny. Takie złudzenie powoduje, że to właśnie powrotny szok kulturowy jest trudniejszy od tego, który towarzyszy dziecku i dorosłemu przy wyjeździe z Polski.

To o czym piszę, to nie są moje jednostkowe doświadczenia ale przeżycia wielu powracających rodzin. Problem jest już na tyle widoczny, że powstała dla nich grupa wsparcia, nazywa się Powroty a cytat, który zamieściłam powyżej pochodzi z wydanej przez nią ulotki uświadamiającej pedagogom, z jakimi trudnościami muszą się zmagać wracające dzieci. W niedzielę byliśmy po raz pierwszy na spotkaniu grupy w siedzibie fundacji Sto Pociech, dorośli rozmawiali przy kawie, wymieniając się doświadczeniami a dzieci miały w tym czasie warsztaty o różnicach kulturowych. Moje były zachwycone, zwłaszcza smażeniem naleśników:) W niedzielę będę uczestniczyć w warsztacie „Jak wykorzystać potencjał zdobyty w czasie pobytu za granicą po powrocie”.

IMG_8230.JPG

Z wachlarzem z koronek klockowych, prezentem od sąsiadki z Albacete Pepy.

Korzystam z takich okazji traktując je głównie jako źródło inspiracji i motywacji, od naszego powrotu minęło już bowiem prawie dziesięć miesięcy i nareszcie mogę powiedzieć, że okres adaptacyjny mam za sobą. Szczęśliwy zbieg okoliczności, kilka wykorzystanych okazji i nagle rozjaśniło mi się w głowie czym chciałabym się zajmować, w jakim pójść kierunku. Jak już mnie oświeciło, zaczęłam intensywnie działać, a energia i dobry nastrój mnie nie opuszczają. Czuję się trochę jakbym się obudziła z długiego i ciężkiego snu, nie rozmyślam o utraconej Hiszpanii, koncentruję się na tym co mogę zrobić w Polsce a jeśli ma to jakiś związek z krajem, w którym spędziłam siedem lat, to jeszcze lepiej.

Prowadziłam ostatnio warsztaty dla dzieci dotyczące kultury hiszpańskiej, które odbyły się w ramach festiwalu kultur Warsaw Street Party. Było to dla mnie spore wyzwanie, długo rozmyślałam nad programem, który ostatecznie wyglądał tak: Pojawiłam się na miejscu z walizką pełną różnych rzeczy, w środku były między innymi okulary przeciwsłoneczne, ciepła czapka, krem z filtrem, parasolka, rękawiczki; wyciągając je po kolei pytałam dzieci czy sądzą, że dana rzecz przyda im się w Hiszpanii. Był to punkt wyjścia do rozmowy o stereotypach na temat tego kraju. Potem porozmawialiśmy trochę o tym, jak to jest być dzieckiem w Hiszpanii i czym się różni dzieciństwo tam spędzone od przeżytego w Polsce. Następnie odbyła się właściwa część „kulturalna”, na którą składały się opowieści o hiszpańskich fiestach, tych bardziej i miej znanych, miałam ze sobą mapę i duże plansze ze zdjęciami, na których można było zobaczyć tomatinę, pogrzeb sardynki, fallas itp. Na koniec rysowaliśmy to, co nam się z Hiszpanią kojarzy a potem z rysunków robiliśmy kolorowe wachlarze, przewiązane na dole złotym sznureczkiem wydzierganym przeze mnie na szydełku. Bardzo się przydały, gdyż upał był tego dnia niemiłosierny. Prawdziwym hitem okazały się hiszpańskie chorągiewki, po które pojechałam na drugi koniec Warszawy, każdy uczestnik warsztatów odchodził dzierżąc taką w dłoni. Fajnie było, zwłaszcza, że przybyła również rodzina i przyjaciele.

IMG_8264.JPG

Nie był to mój jedyny wakacyjny kontakt z Hiszpanią, na początku bowiem lipca pojechałam pod Kraków, zaproszona na polsko – hiszpański ślub i wesele. Panną młodą była Magda, o której nie raz na blogu – w samych superlatywach – wspominałam. Panem młodym zaś José, rodowity albaceteño, który opuścił rodzinne swe miasto dosłownie kilka dni po nas i mieszka teraz w Polsce. W ten oto sposób przez pięć dni przebywałam między Hiszpanami z Albacete, trenując hiszpański w nadzwyczaj przyjemnych okolicznościach. Państwo młodzi i ich rodzice zatroszczyli się bowiem o gości po królewsku, były więc wycieczki, wystawne kolacje, imprezy w plenerze i zakwaterowanie w pięknym hotelu. Sam ślub i wesele bajkowe, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Zabawna była polsko hiszpańska „rywalizacja”. Hiszpanie muzykę mają we krwi, od czasu do czasu odrywali się więc znad talerzy by chóralnie coś odśpiewać i wychodziło im to świetnie. Polacy nie chcieli być gorsi, chwile potem rozbrzmiewały więc gromko nasze rodzime przyśpiewki. Na parkiecie również dało się odczuć, że goście z zagranicy muzykalność mają w genach, minimum ekspresji, maksimum wyrazu – tak bym to ujęła. Polacy znacznie bardziej ekspresyjni, wszyscy wytrwali, parkiet nie pustoszał do rana. Zabawa była świetna, poznałam też fantastycznych ludzi, między innymi rodzinę Magdy. Bardzo byłam wzruszona, kiedy jej tata podziękował mi publicznie przez mikrofon za opiekę nad hiszpańskojęzycznymi gośćmi, wspominając też o moim blogu. Swoją drogą bycie tłumaczką sprawiło mi mnóstwo frajdy, zwłaszcza przedślubna wizyta z Hiszpankami u fryzjera w Bolesławiu:) Wdzięczna jestem Magdzie za to, że zaprosiła mnie na tak długo, wiedząc w jak kiepskiej jestem formie. Cieszę się bardzo, że mogłam być przy niej w tak szczególnym czasie. 

PLENER_125.jpg

Zamykając temat hiszpańskich akcentów, chciałabym Wam pokazać mają ostatnią pracę malarską, wyjątkowo osobistą, będącą podsumowaniem naszej emigracyjnej przygody – mapę Hiszpanii. Ciekawa jestem ile z miejsc i postaci, które na niej uwieczniłam, jesteście w stanie rozpoznać. Z jednym obrazkiem może być kłopot, gdyż o pokazanym na nim miejscu nie zdążyłam jeszcze napisać, klucz do całej reszty znajduje się na blogu.

11722199_10205056516841558_1185981225145660626_o.jpg

Moja Hiszpania powstawała przez kilka miesięcy, czasem nie mogłam się od niej oderwać, czasem musiałam zostawić pracę na dłużej, bo wspomnienia stawały się nie do zniesienia. W końcu skończyłam a wraz z nią pojawił się pomysł na to, czym chciałabym się zajmować. Malowaniem map, pełnych osobistych wspomnień i skojarzeń, upamiętniających wyjątkowe wyprawy czy dłuższy pobyt za granicą. W tej chwili przymierzam się do mapy Włoch i Skandynawii dla przyjaciół, jestem też w trakcie rozmów na temat Wielkiej Brytanii, Węgier i przedwojennej Polski. W planach mam stworzenie profesjonalnej strony poświęconej moim realizacjom, tak to między innymi wykorzystuję potencjał zdobyty w czasie pobytu za granicą;) 

zdjęcie.JPG

A już niedługo Galicja – obiecuję.