Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

MAŁE TĘSKNOTY I DUŻE SPRAWY

Pytacie mnie czasem za czym tęsknię po powrocie do Polski, czego z Hiszpanii brakuje mi najbardziej. Odpowiedź wbrew pozorom nie jest prosta. Emocje związane z latami emigracji i nagłym z niej powrotem, są dla mnie tematem trudnym i złożonym. Sama do końca go nie przerobiłam. Odpowiem więc nieco przewrotnie, na poziomie zupełnie podstawowym. Powiem mianowicie co - gdybym mogła teraz wpaść na chwilę do Albacete – przywiozłabym ze sobą do Polski.

Po pierwsze ogromny zapas salsy alioli:) a konkretnie jednego jej rodzaju Bio Arte Oliva. Ten czosnkowy majonez był i jest moją ogromną słabością. W Hiszpanii dodawałam go niemal do każdego posiłku: do warzyw, jajecznicy, kanapek, po prostu do wszystkiego. Jego zaletą jest prosty i zdrowy skład, aksamitnie kremowa konsystencja i oczywiście smak. Wracając do Polski kupiłam w El Corte Inglés kilka trójpaków tego cudeńka, ilość sporą, jednak nie hurtową, podczas zakupów towarzyszyło mi bowiem melancholijne przekonanie, że zapasów na całe życie i tak nie jestem w stanie zrobić.

s287284115165891734_p768_i1_w800 - copia.jpegPodobnie rzecz się miała z bardzo przeze mnie lubianą oliwą czosnkową La Española. Używałam jej wszędzie tam, gdzie oliwy się używa: do smażenia, do domowej pizzy, sałatek, do wszelkich rodzajów past kanapkowych np. z cieciorki. Używałam i zużyłam, alioli też mi się już skończyło. Ostatnią kulinarną nitką łączącą moje kuchenne szafki z Hiszpanią jest paczka ryżu Fallera o okrągłych ziarnach oraz do połowy opróżniona puszka kakao Valor.

2015-05-16_213943.jpgGdyby to tylko było możliwe, przywiozłabym również zapas świeżych ryb i owoców morza. Se acabó (skończyło się), pomyślałam ostatnio w sklepie rybnym, kiedy mój wzrok padł na cenę miecznika - sto złotych z hakiem za kilogram. I jakoś tak pożałowałam, że kupując go onegdaj po wielokroć na obiad, zjadałam bez żadnego namaszczenia, zamiast celebrować każdy kęs;)

Gdybym miała wybrać coś jeszcze, nie byłby to konkretny produkt ale kategoria zwana stosunkiem cen do zarobków. Hiszpanów stać na wiele, zarabiają znacznie więcej niż Polacy a kupują taniej. To co u nas jest dobrem luksusowym, tam czymś dostępnym od ręki. Markowa odzież, kosmetyki: Dior, Chanel, Guerlain – dla większości to żaden wydatek. Wiele sklepów, które w Hiszpanii uważałam za średniopółkowe, w Polsce podchodzi pod kategorię „luksus”. Moje ulubione Zara Home i Massimo Dutti, to marki hiszpańskie, które siłą rzeczy poza tym krajem są droższe, jednak to nie dwudziestoprocentowa różnica w cenie czyni je luksusowymi ale polskie możliwości nabywcze. Ile osób może sobie u nas pozwolić ot tak, na zakup narzuty na łóżko za tysiąc złotych?

Kwestia nabywania dóbr to dla mnie pole wielu „międzynarodowych” obserwacji. Osobiście bliski jest mi minimalizm, styl życia, o którym dużo ostatnio w mediach. Bliski bo zgodny z moimi przemyśleniami i potrzebami. Przeprowadzka do kraju była doskonałym polem konfrontacji minimalistycznych teorii, w Warszawie dokończyłam dzieła selekcji i pozbywania się, rozpoczętego jeszcze w Albacete. Wraz z wybywającymi stosami niepotrzebnych rzeczy oraz pojawiającym się ładem i przestrzenią na półkach, odczułam coś na kształt fizycznej wręcz ulgi. Kocham porządek, rozumiany jako przeciwieństwo chaosu, czasem myślę, że pracą zapewniającą mi pełnię satysfakcji byłaby posada w zabałaganionym archiwum.

Jest jednak jedna rzecz której namiętnie pożądam, mianowicie rower. Pragnienie jego posiadania zrodziły we mnie odległości między nawiedzanymi codziennie sklepami, jednak przekonana jestem również, iż rower jest mi po prostu potrzebny do szczęścia. Przeświadczenie to opieram na doświadczeniu kilku przejażdżek miejskim veturilo, po których twarz długo nie przestawała mi się uśmiechać. Kilkanaście minut jazdy i taaaki wyrzut endorfin, zdecydowanie warto:)

Pisałam już kiedyś jak trudno jest być w Hiszpanii minimalistą. Sprawa jest jednak głębsza: trudno jest na emigracji być sobą. Zwłaszcza kiedy do nowego kraju przyjeżdża się nie znając języka, kiedy siłą rzeczy większość mijanych codziennie osób, zna cię tylko z widzenia. Wtedy właśnie powierzchowność urasta do jedynego niemal środka wyrazu – jak mnie widzą tak mnie piszą. A trzeba wam wiedzieć, że biegając codziennie po tych samych ulicach w centrum, nie byłam bynajmniej niewidzialna. Wiele razy okazywało się, że ludzie, z którymi nie zamieniłam jednego nawet zdania, wiedzą kim i skąd jestem. Ja zresztą też wiedziałam o nich to i owo, nawet nie wiem skąd, z obserwacji czy po prostu z powietrza. Takie uroki prowincji. Podskórnie czułam na sobie ten wzrok ulicy i przez kilka lat emigracji grałam w bezsensowną grę. Szukając akceptacji, jakiegoś wspólnego mianownika, próbowałam wtopić się w tłum zamożnych i zadbanych do bólu albaceteños. Kupowałam namiętnie: markowe ubrania, dodatki, kosmetyki, moja pewność siebie nie rosła jednak wprost proporcjonalnie do ilości nabywanych rzeczy. Rozkwitała w zupełnie innych okolicznościach, na kolejnych kursach, wykładach, wystawach, kiedy podróżowałam, pisałam, malowałam, uczyłam się czegoś nowego. Sporo czasu minęło, zanim się w tym wszystkim odnalazłam.

Nie wyobrażacie sobie jaką ulgą i luksusem może być anonimowość, a jeszcze większą, proste życie według własnych norm, bez podświadomego porównywania się, bezsensownego przyglądania się sobie czyimiś oczami. Emigrację postrzegam jako proces dojrzewania, niekiedy bolesny, dlatego mój stosunek do lat przeżytych w Hiszpanii jest złożony, czasem niejasny nawet dla mnie samej. Jest to coś zupełnie niezależnego od mojego zachwytu nad tym krajem jako takim.