Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

REFLEKSJE MISJONARKI

Ciekawa jestem czy czujecie, że kiedy piszę o Hiszpanii mam poczucie misji. Prowadzę swoją małą wojnę ze stereotypami, starając się pokazać Hiszpanię w jej ogromnej złożoności, wielowymiarowości i bogactwie. Wątek odkrywania kraju, zdominował inne początkowe założenia. Uświadomiłam to sobie pod koniec pobytu w Albacete, kiedy odpowiadając na pytanie o źródła pomysłu na bloga, zupełnie zapomniałam, że miał być to przede wszystkim zbiorowy list do przyjaciół oraz pamiętnik z przygody życia.

Od kiedy jestem w Polsce moje misjonarskie zapędy rosną, a to dlatego, że Hiszpania, tak kochana przez Polaków, jest niemal zupełnie u nas nie znana, zaś większość aktów tej miłości, czyli imprez z nazwą kraju w tytule, utrwala tylko stereotypowe obrazki. Król stereotypów: Hiszpania tożsama z Andaluzją, kraj majestatycznych palm oraz wszechobecnej muzyki flamenco. Nie mam nic przeciw flamenco, wręcz przeciwnie, jednak na dźwięk tego słowa zaczynam dostawać dreszczy. A to przeglądając programy kolejnych „espaniofilskich” imprez a to zerkając na ofertę naczelnej instytucji propagującej kulturę Hiszpanii - flamenco goni flamenco. Tymczasem wierzcie mi w takiej na przykład Kastylii, nawet miłośnicy gatunku muszą się nieźle natrudzić, żeby zobaczyć koncert na żywo, nie ma natomiast problemu, żeby nacieszyć oczy i uszy seguidillas manchegas;)

Miałam ci ja ostatnio okazję wyżyć się misjonarsko, zaproszona za sprawą bloga, do wygłoszenia wykładu o życiu codziennym w Hiszpanii dla studentów Politechniki Warszawskiej.

IMG_7780.JPGPierwszym problemem była selekcja materiału, padł bowiem również pomysł, abym pokazała swoje ulubione, mało znane miejsca. Przez kilka dni przeglądałam zdjęcia z La – Manchy, Asturii, Kantabrii, Galicji i Estremadury, żeby na koniec stwierdzić, że mogłabym przygotować na ten temat całą serię wykładów. Skupiłam się zatem tylko na Kastylii, pokazując ją w cyklu rocznym: jakie kiedy są fiesty, jaka pogoda, co się w danym czasie jada, jak się ubiera, jak spędza czas wolny. Dawno nie występowałam publicznie ale muszę przyznać, że po pierwszych słowach cały stres gdzieś ze mnie uleciał. Największym komplementem były słowa mojej córki, która obecna była na widowni, że nawet ona dowiedziała się czegoś nowego:)

IMG_7783.JPGA we mnie całe to hiszpańskie doświadczenie leży i dojrzewa, dziękuję czytelniczkom za motywujące uwagi o ewentualnej książce, w końcu i mnie zaczyna kiełkować ta myśl, na razie jeszcze nieśmiało. Najchętniej byłabym hiszpańskim Mariuszem Szczygłem, którego namiętnie ostatnio czytam i duchową następczynią Ceesa Nootebooma – oczywiście w jednym. Dobrze, że nie wybudowałam na hiszpańskim pustkowiu żadnego domostwa, być może pokusa, żeby ten fakt opisać byłaby zbyt silna, a kto strawiłby kolejną „Chatę w Kastylii”;)