Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

Galicja

KOSMOS CZYLI SYNDROM POWROTU Z EMIGRACJI

Powrót do Polski po po siedmiu latach przeżytych w Hiszpanii, porównać mogę do lądowania na innej planecie. Zamiast wrócić do domu przybyłam do miejsca, które wymagało oswojenia i poznania niemal od podszewki. Zamiast poczuć się „u siebie” dostałam coś na kształt kolejnej emigracji. Przywitał nas mróz i ciemność, ustępująca w najlepszym razie smętnej szarości. Głęboka noc zapadająca już o godzinie szesnastej sprawiała, że około siedemnastej dosłownie padałam z nóg. Zasnąć mogłam wszędzie, niezależnie od pozycji i wykonywanej właśnie czynności.

IMG_1779.JPGDziwna sprawa z tym czasem. Zdjęcie z Betanzos, o którym będzie mowa poniżej.

Nie mogłam uwierzyć, że w tym samym czasie w Albacete jest środek słonecznego dnia, kończy się sjesta i zaludniają ulice. Dziwny był to czas, bardzo dziwny. Nie mniej dziwna była końcówka pobytu w Albacete, paradoksalnie ostatni tydzień był chyba najlepszym, jaki przeżyłam w tym mieście, pełnym spotkań, pożegnalnych imprez, ważnych rozmów, dobrych słów, niespodziewanych prezentów. Zalała nas ogromna fala ludzkiej życzliwości. W całej tej euforycznej bieganinie nie bardzo chciał dotrzeć do mnie prosty fakt, że to już ostatnie nasze dni na hiszpańskiej ziemi, zwyczajnie tego nie przyjmowałam, nie dopuszczałam do świadomości. Nawet jadąc w strugach deszczu na lotnisko w Barcelonie, nawet na pokładzie samolotu, również przez kilka pierwszych dni w Warszawie.

IMG_1774.JPGBetanzos, Galicja.

Okazuje się, że syndrom powracającego emigranta to właściwie oddzielna psychologiczna jednostka, powrót po latach do ojczyzny porównywany jest nawet do wyjścia z więzienia (sic!). Prawdą jest, że nie jest łatwo się odnaleźć, doświadczyliśmy tego wszyscy, najbardziej jednak męska strona naszej rodziny. Mąż mój zderzyć się musiał z biurokracją i brutalnymi realiami od których zdążył się całkowicie odzwyczaić i do których przyzwyczajać się nie zamierza. Mówi że nie widzi siebie w Polsce, ja też go nie widzę, bo pracuje od rana do nocy. 

IMG_6065.JPG

Albacete, Calle Dionisio Guardiola, ulica przy której mieszkaliśmy. Nasza codzienna szkolna trasa, dwa dni przed odlotem.

Przeprowadzkę ciężko zniósł również nasz Synek, bardzo związany ze swoimi amigos z colegio. Przez ostatnie tygodnie w Albacete żył głównie imprezą pożegnalną i nic innego zdawało się go nie obchodzić. Impreza się odbyła, zaproszeni koledzy stawili się w komplecie ze stosami prezentów, wszystko było wspaniale, do momentu kiedy podano tort. Chłopcy wygłupiali się przy stole, tylko Szymon siedział osowiały. Jesteś zmęczony? - spytałam. Nie – odpowiedział cicho – ja po prostu nie chcę stąd wyjeżdżać. 

IMG_6068.JPG

Albacete, Colegio Maria Inmaculada - szkoła naszych dzieci.

W Polsce z racji programowych nasze dzieci trafiły do klas o rok wyższych, niż to wynika z ich wieku. Szymon na początku czuł się jak kosmita, nie rozumiejąc połowy tego co mówią nauczyciele. Okazało się, że rozmowy w domu po polsku a nauka w szkole to dwie różne sprawy. Bo czy ktokolwiek zwraca się w domu do dziecka słowem „opisz” albo co może znaczyć „Pan Paweł prowadzi kółko szachowe” Jak w ogóle można „prowadzić” kółko i co to w ogóle znaczy że kółko jest „szachowe”? Problemem mogło być słowo „dobierz” użyte zamiast znanego „wybierz” i wiele wiele innych. Braki językowe dotyczyły wszystkich przedmiotów, włącznie z angielskim, gdzie na sprawdzianach polecenia są po polsku i matematyką, gdzie prawie wszystkie zadania to zadania z treścią. Niemal od początku codziennie razem pracujemy nad nadrobieniem zaległości, przerabiając głównie matematyczne zadania z półtorarocznego okresu poprzedzającego nasz przyjazd, dodatkowo Szymon ma dwie indywidualne lekcje polskiego w tygodniu, zapewnione przez szkołę. W tej chwili jest już całkiem nieźle ale wciąż mu się zdarza westchnąć: Ja chcę do Hiszpanii albo: W Hiszpanii było lepiej. Przy czym dla niego Hiszpania oznacza głównie colegio.

Maniusia zaczęła naukę w gimnazjum pełna nadziei na lepsze relacje niż te, które miała w Albacete. Początkowo była zachwycona, teraz entuzjazm znacznie już opadł. Raju, jak się okazuje nie ma nigdzie a młodzież gimnazjalna to ciężki kaliber wiekowy pod każdą prawdopodobnie szerokością geograficzną. Z nauką Mania nie ma problemów, choć rzucono ją od razu na głęboką wodę, zadając do przeczytania „Krzyżaków”. Jest to typ lektury, którą w przypadku dziecka wracającego z emigracji, należałoby tłumaczyć zdanie po zdaniu, podobnie rzecz się ma z „Romeo i Julią”.

Z całej czwórki ja miałam chyba najłatwiej, choć łatwo mi wcale nie było. Nie musiałam jednak wchodzić od razu w nieznane środowisko, koncentrując się na dzieciach i koordynacji spraw domowych. Dopiero teraz zaczynam rozglądać się za pracą. Poza tym wiodę żywot zawziętego jaskiniowca, nie mogąc nacieszyć się tym, że nareszcie mieszkam u siebie, w miejscu ładnym, cichym i przestrzennym. Mnóstwo w nim teraz „hiszpańskości”, wszystkich tych narzut, poduch, obrusów, wazonów, lamp i świec, o których kupnie nie raz radośnie donosiłam, można powiedzieć, że mieszkam teraz w Zara Home;) Wszystko to jednak nawiązania bardzo dyskretne, w pewnym momencie doszłam do wniosku, że jak na siedem lat przeżytych poza Polską, pomijając figurkę Don Kichota, zrobioną przez pacjenta z Almansy, brak u nas dobitnie wskazujących na to śladów. Wzięłam się więc za kończenie wiatraków, które zaczęłam malować dawno temu w Albacete, potem zaś zabrałam się za coś znacznie większego, pracochłonnego i symbolicznego – mapę naszych hiszpańskich podróży. Jak tylko skończę, nie omieszkam się pochwalić. Malując słucham namiętnie Radio Nacional de España, dużo też czytam po hiszpańsku, mam znacznie intensywniejszy kontakt z językiem niż to w Albacete bywało. Ot taki paradoks:)

Hiszpania tkwi we mnie głęboko, czas tam spędzony był słodko-gorzki, czasem bajkowy, czasem bardzo trudny, wiele przez te lata dowiedziałam się o sobie. Czasem bardzo tęsknię, śnią mi się ulice Albacete i ludzie na nich mijani, czasem wydaje mi się, że te siedem lat to był właśnie sen. Myślę, że zawsze już będę trochę stamtąd i być może nigdy już całkiem stąd. To specyficzne „ani tu ani tam” to jedna z typowych poemigracyjnych bolączek. 

IMG_1762.JPG

Betanzos, Los Jardines del Pasatiempo (również na zdjęciach poniżej)

Dziś chcę Wam pokazać jeszcze jeden kawałek Hiszpanii, kosmiczny kawałek, jako że tytuł wpisu zobowiązuje;) Mowa o Betanzos w Galicji a konkretnie o tamtejszych Los Jardines del Pasatiempo (Ogrodach Hobbystycznych). Przedziwne to miejsce, park tematyczny ufundowany w 1893 roku przez braci García Naveira, wzbogaconych w Argentynie hojnych mecensów Betanzos urodzonych w tym miasteczku.

IMG_1801.JPGPierwotne założenie miało aż 90.000 m2 i dzieliło się na dwie części: wielki ogród oraz Encyklopedyczny Park Atrakcji, ta właśnie część zachowała się do dziś. Miała charakter edukacyjny przybliżając zwiedzającym odległe miejsca i zdobycze techniki, których nie mieli możliwości na własne oczy zobaczyć.

IMG_1773.JPGCzego więc tam nie ma: jaskinie z super nowoczesnego w tym czasie cementu, meczet, piramidy, płetwonurek w pełnym ekwipunku, sadzawka, orientalne świątynie i ściana pełna zegarów ukazujących czas w różnych częściach świata, również i w Warszawie. Iście kosmiczny miszmasz.

IMG_1784.JPGMiejsce to niespotykane, bardzo osobne, silnie zakorzenione w swojej epoce. Jednocześnie mocno nadgryzione przez czas, jakoś boleśnie nostalgiczne, mimo że przecież zabawne, z egzotycznymi płaskorzeźbami ludzi i zwierząt naturalnej wielkości, przy których tak lubią fotografować się turyści. Dla mnie to bardziej Ogród Upływającego Czasu, Park Smutnego Przemijania ale niewykluczone, że mam w tym temacie lekkie skrzywienie;)

IMG_1799.JPG

Na koniec życzę wszystkim cierpliwym, którzy zaglądają tu mimo długiej przerwy w mojej pisarskiej aktywności, dobrze przeżytych Świąt Wielkiej Nocy. Dzwoniłam dziś z życzeniami do naszej sąsiadki Pepy oraz do Yolandy. Pepa regularnie przysyła nam korespondencję trafiającą do naszej hiszpańskiej skrzynki, obiecała mi też przysłać trochę zdjęć z wielkanocnych procesji, żebym mogła poczuć klimat. Od Yolandy dowiedziałam się, że jej dom to także nasz dom i kiedy tylko zechcemy możemy tam przyjechać. Ciepło mi teraz na sercu:)