Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

Andaluzja

PIERWSZY DZIEŃ W SEVILLI (OBFITYM MARUDZENIEM POPRZEDZONY)

Od dziś ochłodzenie i deszcz a we mnie nadal się gotuje, ciągle wypływają jakieś nowe sprawy do załatwienia w Polsce. Czy nie możemy tak po prostu spotkać się z rodziną i ze znajomymi, zamiast biegać po urzędach? Wczoraj załatwiałam tzw. tarjetas sanitarias, karty upoważniające nas do leczenia w Polsce. Do ostatnich wakacji miałam status osoby pracującej, na urlopie wychowawczym, teraz bez dokumentu z Hiszpanii potwierdzającego, że jesteśmy ubezpieczeni, byłabym w kropce. Zastanawiam się jak potencjalna pani w okienku, czyli w bastionie nie do zdobycia zwanym rejestracją, zareaguje na kartkę papieru formatu A4 będącą substytutem europejskiej karty zdrowia, zapisaną drobnym maczkiem po hiszpańsku. Obym się nie musiała przekonywać.

Aby tę sprawę załatwić potrzebowałam paszportów, odkładając je wczoraj do szafki, zajrzałam przypadkiem do paszportu Szymona i przeszła mi przez głowę myśl, jak długo jeszcze będą nas przepuszczać z kilkuletnim synkiem z dokumentem, w którym widnieje zdjęcie siedmiomiesięcznego niemowlęcia. Ale przecież każdy paszport ma datę ważności – spojrzałam i zamarłam. Paszporty wyrabialiśmy wszyscy razem przed wyjazdem, nasze – dorosłych – ważne są przez dziesięć lat, przekonana byłam automatycznie, że dziecięce też a tym czasem w przyszłym roku kończy im się ważność. Problem polega na tym, że nie wiemy czy w przyszłym roku, kiedy to rodzina zjedzie do nas na komunię, polecimy do Polski a już prawie na pewno nie poleci z nami Michał. Tym czasem przy składaniu wniosków o paszporty dziecięce muszą być oboje rodzice, co więcej sprawa ciągnie się ponad miesiąc a odebrać je można tylko osobiście. Co więc możemy zrobić? Okazuje się, że za odpowiednią opłatą można wyrobić nowe paszporty przed upływem daty ważności starych, tak więc pierwszego dnia po przylocie musimy z rana biegiem udać się do urzędu, złożyć podania i błagać o wydanie nowych paszportów w krótszym czasie. Gdzieś po drodze trzeba będzie zrobić zdjęcia a wcześniej poprosić kogoś znajomego, żeby z Urzędu Gminy wyciągnął formularze, bo muszą być oryginalne, w żadnym razie nie z internetu. Całą akcję błagalną będę musiała powtórzyć w okienku z dowodami osobistymi. Nikt nie może za mnie wcześniej nawet złożyć podania o nowy dowód, wszystko trzeba zrobić osobiście. 

Jeśli uda nam się wyjść z Urzędu Gminy zostanie nam już tylko wypożyczalnia samochodów i punkt telefonii komórkowej. Jakiś czas temu, bez żadnego powodu, zepsuła się karta sim w polskiej komórce i tego również nie można załatwić inaczej jak osobiście. Oczywiście cały czas płacimy abonament za niedziałający telefon. A na koniec dnia czeka nas już tylko trzygodzinna podróż do rodziny męża. W tak zwanym międzyczasie, czyli w ciągu kilku dni, kiedy będzie z nami M. trzeba będzie nawiedzić jeszcze co najmniej trzy inne instytucje. Dobrze chociaż, że udało się bez problemu umówić krawcową dla Mani na dzień, który nam pasuje oraz kupić przez internet materiał. Próbuję to wszystko ogarnąć i czuję jak rozpełza mi się cała ta wyjazdowa materia: bieganie, załatwianie, przymiarki u krawcowej, spotkania z rodziną a wszystko to w trzech różnych miejscach w Polsce. Nie bardzo wiem na kiedy mogę się umówić ze znajomymi. Emocje są takie, jakbyśmy mieli lecieć już za chwilę, tym czasem zostało jeszcze trochę czasu.

No dobrze, trochę mi ulżyło po tym narzekaniu, wróćmy więc wreszcie do Sevilli. Jeszcze raz powtórzę, że to miejsce bajeczne, oszałamiające bogactwem i egzotyką, zapachem, kolorami, słońcem a przy tym przyjazne przyjezdnym. Większość zabytków znajduje się tak blisko siebie, że aby je obejrzeć nie potrzebujemy samochodu, trudno nawet mówić o spacerze bo czasem wystarczy dosłownie kilka kroków. Tuż obok olbrzymiej katedry mamy Archivo General de Indias i kompleks pałacowo ogrodowy Reales Alcázares, za którym rozciąga się Juderia – dawna dzielnica żydowska a wszystko to w zasięgu wzroku. Dwa kroki i jesteśmy nad Guadalquivirem przy słynnej wieży Torre del Oro, stamtąd jeszcze trzy i wita nas La Maestranza – najsłynniejsza plaza de torros w Hiszpanii, matka wszystkich aren do corridy – jak mawia szef mojego męża (i pewnie nie tylko on). Krótki spacerek i przed nami niesamowita Plaza de España w Parku Marii Luisy, troszkę dłuższy i jesteśmy w przepięknym pałacyku - Casa de Pilatos. Ale dość już tej litanii nazw, pewnie mało komu mówią one cokolwiek, tak jak i mnie przed wyprawą do Sevilli, mam jednak nadzieję, że po kolejnych wpisach się to zmieni:)

DSC00070Sevilla, widok na Torre del Oro

Na początku nasze kroki skierowaliśmy do Torre del Oro, wieży której początki sięgają XII w., kiedy to w mieście panowali Arabowie. Stoi nad brzegiem Guadalquiviru i jest symbolem dawnej potęgi handlowej Sevilli, zyskanej dzięki wyjątkowemu statusowi miasta portowego. Tak, tak, morza ni oceanu nigdzie nie widać a Sevilla dzięki potężnej rzece jest portem, dzięki czemu po odkryciach Kolumba mogła bogacić się przez wieki na handlu z koloniami. Warto przyjrzeć się wieży, warto też przejść malowniczym brzegiem rzeki pełnym kolorowych domków, barów, bujnej roślinności. Wewnątrz Torre znajduje się niewielkie Muzeum Morskie ale jeśli nie macie zbyt dużo czasu możecie darować sobie wejście do środka.

DSC09515Sevilla, Reales Alcázares (jak również wszystkie zdjęcia poniżej)

Kolejne miejsce – Reales Alcázares - znajduje się na szczycie naszej prywatnej "top listy", w tym przepięknym, XIV wiecznym zespole pałacowym czułam się, jakbym wróciła do Alhambry. Wielokrotnie przebudowywany Palacio Mudájar, najpiękniejszy budynek kompleksu, po prostu poraża urodą. Bogactwo pałacowych sal przywodzi na myśl baśnie z tysiąca i jednej nocy, królestwo dżinów, Szeherezady i arabskich królów z niezwykłą mnogością ornamentu, wijącego się na każdej wolnej przestrzeni i wysmakowanym pięknem azujejos – kolorowych kafli tworzących moziki geometrycznych wzorów. W kaflach tych, jak słusznie zauważył mój mąż, widać zamiłowanie Arabów do matematyki z geometrią na czele. Azulejos w Sevilli znajdziemy w wielu miejscach, niektóre bardzo już stare, wszystkie cudowne. Charakteryzuje je skromna, powtarzająca się, gama kolorów: zieleni, błękitu, rudego brązu oraz czerni i bieli, za to mnogość tworzonych przez nie wzorów wydaje się być nieskończona.

DSC09650Bardzo sugestywne było wrażenie, że czas w Reales Alcázares się zatrzymał, zero pośpiechu, zwiedzający z otwartymi z wrażenia ustami kontemplujący kolejne sale, inni siedzący w bezruchu z książką na cudownym patio. Tak rzeczywiście było, na zewnątrz obezwładniający upał, w środku cień, woda sadzawki i ściany wyłożone ceramiką. Nikomu nie spieszyło się by wyjść na zewnątrz.

Kopia DSC09536Patio z krużgankami i sadzawką jest obiektem mojego pożądania, gdybym jutro wygrała na loterii jakąś słuszną sumę, kupiłabym dom z patio. Nie kupię, bo nie gram na loterii ale pomarzyć zawsze można. 

Kopia DSC09564Zdjęcia niestety nie oddają dobrze bogactwa ornamentu, prawie nie widać też kafelków na ścianach patio, zwróćcie uwagę, one tam są.

Kopia DSC09546Oprócz patio w moim domu byłby ogród kwitnący i pachnący jak te w Andaluzji, tym przypałacowym do dziś jestem oczarowana. To na co zwróciłam uwagę, to fakt, że turyści korzystają z ogrodów przy zabytkach zgodnie z ich przeznaczeniem – odpoczywają. Czasem wygląda to śmiesznie, kiedy na przykład z soczystej zieleni wyłaniają się czyjeś obfite pośladki odziane w jaskrawą czerwień. Ich właścicielka śpi na kamiennej ławeczce zmęczona upałem, obok zaś zgięty w pałąk leży jej towarzysz. Moja rodzina też zaległa na wyłożonej kafelkami ławce, w cieniu drzewa z mięsistymi, blaszkowymi liśćmi. Szymon zasnął, Mania próbowała, Michał ich pilnował a ja poszłam dalej. 

DSC09580Odpoczywanie byłoby dla mnie karą, nie raz pisałam już w tym miejscu, że lubię się na wycieczce porządnie zmęczyć, mam z tego jakąś lekko masochistyczną przyjemność ale wyłącznie wtedy, kiedy nie towarzyszy mi poczucie winy, że inni też się męczą. Inni jednak odpoczywali, mogłam więc obejrzeć ogród. Nie sposób opisać jego urody, w takich miejscach człowiek zastanawia się jak to się stało, że akurat on dostąpił zaszczytu bycia tu i podziwiania. A podziwiać można było z lotu ptaka z bardzo długiej galerii, z której rozciągał się wspaniały widok na rośliny, na sadzawkę, wreszcie na mniejsze budowle, pokryte niemal w całości kaflami.

DSC09607.JPGPierwszy dzień w Sevilli na tym się dla nas nie skończył ale wpis niebezpiecznie mi się wydłużył, następna część relacji nastąpi niebawem.