Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

Andaluzja

NA DZIEŃ DOBRY - ITALICA

Nie mogę się jakoś pozbierać po przyjeździe z Sevilli, nic mi się nie chce, na nic nie mam siły, marzę o wakacjach. A te już za pasem, mówią o tym wszystkie znaki na ziemi i niebie: dzieci zaczynają jeździć na szkolne wycieczki, jutro pierwsza taka całodzienna wyprawa autokarem naszego synka, co bardzo przeżywam. Już za dwa tygodnie Mania i Szymon zaczną chodzić do szkoły bez mundurków, za trzy tygodnie kończę kurs hiszpańskiego, nabyliśmy kolejną wielką walizę a ja letnie klapki. I jeszcze nadszedł czas kiedy trzeba zadeklarować chęć uczestnictwa w przyszłorocznych kursach a ja nie mam pojęcia co będzie w przyszłym roku. 

Dostałam właśnie finalne pismo z Ministerstwa Edukacji, że homologacja mojego tytułu jest możliwa ale uzależniona od uzupełnienia dwóch semestrów historii muzyki. Na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiowałam, historia muzyki jest odrębnym kierunkiem, miałam szczęście, że kiedyś uczestniczyłam w fakultecie filmowym, inaczej musiałabym jeszcze uzupełniać historię kina. Urbanista twierdzi, że najważniejszy jest ten zwrot "homologacja jest możliwa", bo nieraz widział papiery obcokrajowców z adnotacją, że możliwa nie jest! Mówi, że potraktowano mnie łagodnie a wszystko co było wątpliwe zinterpretowano na moją korzyść. To miłe:) Pozostaje mi teraz wybrać się na tutejszy Uniwersytet i porozmawiać o możliwości zaliczenia w przyszłym roku brakującego przedmiotu. Po roku, jak już to zrobię, powinnam znów złożyć papiery z prośbą o homologację i czekać na dokument, zapewne kolejny rok. Dziś dziewczyna z Malty opowiadała nam na kursie sfrustrowana o swoich próbach rozpoczęcia pracy. Ciągle brakuje jej nowych dokumentów, każda osoba, z którą w tej sprawie rozmawia, mówi co innego, niedorzeczność goni niedorzeczność, tłumaczenia papierów kosztowały ją już trzysta euro a wszystko ciągnie się od wielu miesięcy. Tak to wygląda w przypadku tzw. zwykłego petenta, zupełnie innego traktowania doświadczył mój mąż w momencie, kiedy Hiszpania potrzebowała lekarzy. Trzy miesiące czekania i po bólu. Myśląc o przyszłym roku jedno wiem na pewno, nie jestem w stanie robić wszystkiego, co bym chciała, uzupełniać historię muzyki, chodzić na hiszpański, angielski, hafty i koronki. Z czegoś będzie trzeba zrezygnować.

A moja niemoc powycieczkowa jest tak duża, że... poszłam na wagary. Normalnie mi się to nie zdarza ale dwa przedpołudnia pod rząd zostałam w domu czując, że muszę odpocząć. To zmęczenie zadziwiająco odbiło się na moich zdolnościach porozumiewawczych w języku hiszpańskim, normalnie ani be ani me, jestem tym trochę podłamana i dlatego ociągam się z pójściem na Uniwersytet.

Teraz zaś wracam do wakacyjnych klimatów, w niezwykłe i nieoczekiwane miejsce. Rezerwując noclegi kierowaliśmy się przede wszystkim ceną, wybraliśmy hotel w miejscowości Santiponce, z którego dojazd do Starego Miasta w Sevilli zajmował zaledwie dziesięć minut! Ani przez chwilę nie staliśmy w korkach, ani też razu nie mieliśmy problemów z parkowaniem. Przy okazji rezerwacji obiło mi się o uszy, że blisko są jakieś ruiny ale nie zwróciłam na to uwagi, bo nasz plan zwiedzania Sevilli i bez tego był napięty. Po przyjeździe okazało się jednak, że "jakieś ruiny" to słynne rzymskie miasto Italica, miejsce urodzenia Trajana i wychowania Hadriana, a wejście po parku archeologicznego znajduje się jakieś dwadzieścia metrów od naszego hotelu. Tam też skierowaliśmy nasze kroki pierwszego dnia po przyjeździe.

DSC09416Italica, amfiteatr

Było to coś w rodzaju nieoczekiwanego prezentu, dosłownie, bo nawet nie musieliśmy płacić za wejściówki. Nawiasem mówiąc chodzi mi po głowie pomysł założenie strony, czy też linku do bloga z ciekawymi miejscami, które w Hiszpanii można zwiedzać za darmo. Inny pomysł, który urodził się podczas wycieczki, to stworzenie listy błędów w przewodniku Hiszpania Pascala i wysłanie jej do wydawcy. Bardzo sobie cenię ten opasły tomik, bogaty w fakty i anegdoty, tym bardziej chciałabym żeby był wolny od błędów czy nieścisłości, na które czasem natrafiam.

DSC09422Italica, w amfitaetrze

Założona w 206 r. p.n.e Italika zaskoczyła mnie i zachwyciła, tym bardziej, że nie miałam pojęcia, co zobaczę. Jako pierwszy wyłoniły się ruiny olbrzymiego amfiteatru, podobno największego w państwie rzymskim. Tym co decyduje o palmie pierwszeństwa nie jest arena, która wcale nie wydała mi się taka znów wielka, tylko partia widowni na dwadzieścia pięć tysięcy osób. I to właśnie ta część, której skala jest dobrze widoczna w przekroju, pełna tuneli, pomieszczeń dla gladiatorów i innych zakamarków, robi duże wrażenie.

DSC09415Italica, amfiteatr, fragment widowni

Ale tym co zachwyciło mnie absolutnie były autentyczne rzymskie mozaiki znajdujące się w miejscu ich przeznaczenia, w ruinach domów, pod gołym niebem. Oglądanie kolejnych, szukanie tych, które zwróciły naszą uwagę w folderze, wciągnęło nas bez reszty, szczególnie mnie i Mariankę, która bardzo zaangażowała się w zabawę w detektywa.

DSC09430Italica, mozaika z Domu Ptaków (Casa de los Pajaros)

Co chwila rozlegały się okrzyki – Tu jest Neptun, a tu są ptaki, mamo ty nie szukaj, ja, ja znajdę. Z odległości kilku kroków widać tylko niewysoki labirynt murów, wewnątrz zaś takie cudowności.

DSC09432

DSC09435W Santiponce, w środku miasteczka, jest też wielki rzymski teatr intensywnie remontowany, nieopodal zaś olbrzymie Monasterio de San Isidoro del Campo, ufundowane w 1301 roku, do którego również zajrzeliśmy. Kto by pomyślał, że w podmiejskiej osadzie, której nazwa nic nam dotąd nie mówiła, będą na nas czekać takie skarby.

DSC09449

DSC09461Italica, Przepiękna mozaika Neptuna

Bardzo dobrze rozpoczęliśmy ten dzień, jego resztę spędziliśmy już w Sevilli...