Caramba! Jesteśmy w Hiszpanii

CYTRYNOWE KLIMATY

Wcale nie jest łatwo przyzwyczaić się na nowo do pełnej gotowości od rana. Kiedy wstajemy nie ma czasu na żadne zbędne czynności, wszystko musi iść sprawnie. A tu dzieci marudzą, czasem któreś płacze, zazwyczaj nie chcą wstać albo iść do szkoły a to rajstopy nie są takie jak trzeba. O tej porze Michał jest w drodze do pracy, biegam więc między potomstwem przygotowując jednocześnie śniadanie i próbując ogarnąć rzeczywistość. Bardzo zależy mi na tym, żeby te poranki, mimo pośpiechu, przebiegały w jak najlepszej atmosferze: przytulam, pocieszam, udaję, że nie słyszę burczenia pod nosem i niefajnych odpowiedzi. Co rano wydaje mi się że nie jest możliwe zebrać się i wyjść na czas tudzież zachować spokój a jednak się udaje, nie wiem jakim cudem.

Dzieciom też łatwo nie jest, Mania bardzo przejmuje się relacjami z koleżankami, nie chcę głębiej wchodzić w ten temat ale czasem nie mogę uwierzyć, jak straszne dla siebie potrafią być dziewczynki w tym wieku. Szymon na nowo przyzwyczaja się do hiszpańskojęzycznej grupy. Rano w colegio trochę się opiera, wskakuje mi na ręce i nie specjalnie chce zostać ale kiedy go odbieram, jest zadowolony. Oniemiałam ostatnio czytając ogłoszenie dotyczące jego klasy, otóż dzieci mają przynieść jutro zabawki, które dostały od Trzech Króli. Co za głupi pomysł, mam nadzieję, że są zbyt małe aby przejmować się porównaniami. Bo już Marianka zdecydowanie nie jest, wróciła z ostatnich tańców skwaszona, dziewczynki, na prośbę pani, opowiadały co dostały. Rekordzistka zgarnęła siedemnaście prezentów, reszta niewiele mniej. Biedna Marianka, mimo, że znalazła pod choinką to o czym marzyła, czuła się okropnie. Naprawdę dziwią mnie te licytacje a już zwłaszcza fakt, że zachęcają do nich nauczyciele, traktując jako coś całkowicie naturalnego.

Marianka została ostatnio wyróżniona brawami za napisanie wiersza o tym, jak spędziła święta. Był to cudny pean na cześć naszej rodziny – najwspanialszej pod słońcem, w której królują miłość, ciepło i wzajemny szacunek. Wzruszyłam się bardzo słuchając go, choć nikt chyba nie ma złudzeń, że to po części licentia poetica;) W nagrodę za postępy w pisaniu może już używać długopisu, co bardzo przeżywa, do tej pory pisała wyłącznie ołówkiem. A moja kolekcja ołówków już jakiś czas temu powiększyła się o kilka niezwykłych egzemplarzy. Wszystkie są prezentem od mojej przyjaciółki Ani, która mieszka w USA. Mam więc ołówek z ZOO w Atlancie, który po potarciu zmienia kolor, mam kilka egzemplarzy z halloweenowymi motywami oraz gwiazdę kolekcji, ekologiczny ołówek z papieru, który przybył w specjalnej tubie. Nie dość, że ratuje planetę to jeszcze pachnie miętowo, bardzo lubię go używać.

W poniedziałek obchodziliśmy z Michałem trzynastą rocznicę ślubu. Mój mąż zaskoczył mnie pięknym prezentem, ponadplanowym, bo wcześniej dostałam już wymarzony pierścionek. Bardzo to było wzruszające. Fajnie nam się tego dnia świętowało, zostaliśmy zaproszeni przez kolegę na pyszną zupę meksykańską. Zabraliśmy ze sobą szampana i spędziliśmy miły wieczór w naszym stałym polskim gronie.

Zaczęłam znów chodzić na kursy, słów mi brak, żeby opisać, jak bardzo jestem rozczarowana historycznym. Wczoraj na przykład, po przeczytaniu przygotowanych przez Laurę kartek na temat Madrytu, okazało się, że zostało nam jeszcze sporo czasu. I co? – konsternacja. Spojrzała na zegarek, rozłożyła ręce a na propozycję, że może nam coś jednak od siebie powie, uśmiechnęła się tylko bezradnie i nic. Nie była w stanie powiedzieć ani słowa na temat historii stolicy. Szkoda mi na to czasu, muszę poszukać czegoś w zamian inaczej pożre mnie frustracja. Za to na początku lutego być może pojadę, w ramach zajęć, na wycieczkę do Villarobledo. Nazwa ta z pewnością większości z Was nic nie mówi a tym, którym mówi pewnie fakt ten wydaje się zabawny. A to dlatego, że pracują tam nasi koledzy – polscy lekarze i według ich często powtarzanej opinii jest to miejsce wyjątkowo mało urodziwe. Kiedy jednak usłyszałam, że w planie jest zwiedzanie bodegi, postanowiłam pojechać. Z Villarobledo pochodzi między innymi wino Estola. Nasze ulubione, Estola Gran Reserva z 1999 roku, kosztuje tu niecałe sześć euro, w Polsce zaś równowartość dwudziestu. Niestety dowiedziałam się właśnie, że Estoli nikt tu nie pija, gdyż jest ona - uwaga - niemodna! Dla tych, którzy lubią wiedzieć co w trawie piszczy, mam wiadomość prosto od mojego profe: na topie w naszym regionie są teraz wina z Chinchilli: Aljibes i Palarea. To wino może być niemodne? - zdziwiłam się bardzo. W Hiszpanii? Jak najbardziej – brzmiała odpowiedź - to przecież też biznes.

Dziś chciałabym się podzielić opinią na temat książek poleconych mi przez Agnieszkę i Anię. Przeczytałam niedawno Jeżdżąc po cytrynach: Optymista w Andaluzji Chrisa Stewarta. Staram się być na bieżąco z książkami o Hiszpanii. Mnóstwo tego typu wspomnień ukazało się ostatnio: Toskania, Prowansja, Andaluzja są tłem rozmaitych przygód przybyszów z innych krajów, różnych szaleńców podążających za marzeniami, borykającymi się z zastaną rzeczywistością o której przyjeżdżając nie mieli pojęcia. Obowiązkowym elementem każdej z tych biografii jest zakup kawałka ziemi wraz z domostwem, w im gorszym stanie, tym lepiej a cały dowcip polegać ma na iskrzeniu na granicy między nowym a zastanym. Anglik Chris Stewart jest właśnie kimś takim, z tym że jego książka jest naprawdę zabawna, rzadko zdarza mi się śmiać na głos a czytając Jeżdżąc po cytrynach zaśmiewałam się po wielekroć. Fajna lektura, relaksująca, Urbanista twierdzi, że trochę w niej przesady ale też mnóstwo prawdy o Hiszpanach z południa kraju i ich mentalności.

  

Historie ludzi takich jak Chris pokazuje program, który czasem, mimo późnej pory emisji, oglądamy w TV: Destino España. Jest czymś podobnym do naszych ulubionych Españoles en el Mundo, tylko na odwrót – prezentuje sylwetki obcokrajowców, którzy osiedlili się w Hiszpanii. Mnóstwo tu ludzi z całego świata, tych z mniejszych miejscowości łączy jedno: każdy z nich jest najlepszym kumplem miejscowego burmistrza;)

Inną książką, którą chciałabym Wam polecić jest Moje życie we Francji amerykańskiej autorki Julii Child. Julia, mimo, że nie pisze o Hiszpanii, jest do pewnego stopnia i do pewnego momentu kimś takim jak ja. Przyjeżdża do Francji nie znając języka, ponieważ jej mąż, dyplomata, dostał tam pracę. Dobrze znana jest im niepewność związana z brakiem stabilizacji, ze zmianami placówek, kolejnymi mieszkaniami, nie to jest jednak najważniejsze. Julia pokochała Francję z całego serca a już szczególną miłością obdarzyła francuską kuchnię, która najpierw stała się jej pasją a później podstawą zawodowej kariery. Błyskawicznie nauczyła się języka (tu kończy się podobieństwo z moją osobą) i z pobytu za granicą wyciągnęła dla siebie tak dużo jak to tylko było możliwe. Dzięki ciekawości świata i pasji jaką włożyła w poznawanie nowego kraju, będąc już mocno po trzydziestce odkryła swoje powołanie. Julię Child, podobnie jak Chrisa Stewarta, nie sposób nie lubić. Nie znaczy to wcale, że zawsze bywa miła, wręcz przeciwnie, kiedy jej się coś nie podoba, nazywa rzeczy po imieniu a kiedy bardzo ją coś dotknie, nie waha się przytaczać nazwisk.

 

Moje ulubione zdjęcie Julii na tle okna z widokiem na port w Marsylii. Chciałabym mieć determinację i pasję tej kobiety.

Zapadł mi w pamięć fragment książki, w którym Julia zachwyca się Francuzami, tym, że są mili, otwarci etc. Mija się to zupełnie ze stereotypem Francuza ale co tam stereotypy. We wspomnianych Españolesach, Hiszpanie lądują w najróżniejszych zakątkach świata, czasem przepięknych, czasem zaś, z mojego punktu widzenia, zupełnie nieatrakcyjnych, jak ponure blokowisko w postkomunistycznym kraju albo gdzieś gdzie zimno i ciemno mocno dają się we znaki. Jednak w każdym z tych miejsc potrafią znaleźć coś dla siebie, zachwycają się ludźmi, interesują kulturą. Oglądając dość często ten program widzę, że już sama odmiana jest dla wielu atrakcją, że ludzie są spragnieni ruchu w życiu. Są tacy, którzy przyjeżdżając do przepięknej Hiszpanii narzekają, że jedzenie nie takie, atmosfera na Pasterce za mało podniosła albo doszukują się w ludziach możliwie najgorszych cech, ja jednak wolę tak jak Julia cieszyć się, poznawać, uczyć, wycisnąć z tej hiszpańskiej cytryny tak dużo jak tylko się da.

 

Ps. Pamiętam moje zdziwienie i zachwyt, kiedy nasza nadmorska koleżanka przygotowując herbatę, wyszła do ogródka i przyniosła cytrynę świeżo zerwaną z drzewa.

Tak w ogóle to chciałam dziś napisać o Katalonii, zostało mi jeszcze materiału na dwie opowieści a ponieważ jedna z czytelniczek niedługo się tam wybiera, postanowiłam się pospieszyć. Mam nadzieje, że już wkrótce powieje wakacyjnym klimatem.