Bloog Wirtualna Polska
Są 937 564 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

DZIŚ W MENU CARTAGENA ZE SZCZYPTĄ CODZIENNOŚCI

wtorek, 15 maja 2012 23:27

 

Zacznę od dawno już obiecanej relacji z kartageńskiej wyprawy. Zupełnie nie wiedziałam czego spodziewać się po tym mieście, Cartagena ma bogatą historię, założona została w III w. p.n.e. jako Nowa Kartagina przez Hasdrubala, brata Hannibala. Jak wiele miast hiszpańskich przez wieki przechodziła z rąk do rąk: Kartagińczyków, Rzymian, Wandalów, Bizantyńczyków, Wizygotów i Arabów.

 

 

 

 

Słyszałam o ruinach zamku, amfiteatrze, muzeum morskim, nie miałam zaś pojęcia, że miasto samo w sobie jest takie ładne i że tym, co najbardziej zapisze mi się w pamięci będą malownicze uliczki pełne modernistycznych budowli.

 

 

 

 

 

Jechaliśmy spragnieni słońca, widoku morza i przede wszystkim odmiany. Wyprawa nad morze gwarantuje błyskawiczne przenosiny do innego świata – do Hiszpanii z folderów, z turkusową wodą i powiewającymi na wietrze palmami. Przez jesienio-zimo-wiosnę można zapomnieć, że taki świat w ogóle istnieje, do tego w zasięgu ręki i mimo że za „folderowością” zazwyczaj nie tęsknię, skok w inną rzeczywistość ma cudownie odprężającą moc.

 

 

 

 

 

Jak zwykle przed wyprawą podbudowałam się teoretycznie, czytając na temat najciekawszych miejsc, które możemy zobaczyć. Z lektury przewodników wynikało, ze absolutnie nie możemy pominąć Casa de la Fortuna (Dom Fortuny), zrekonstruowanego częściowo domu zamożnej rzymskiej rodziny z mozaikami i freskami. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że wewnątrz zarówno po freskach jak i mozaikach ani śladu. No dobrze były jakieś ślady, ja bym się jednak nie odważyła nazwać ich tak szumnie.

 


 

 

Kulminacją był posiłek zjedzony w barze obok, miała być to tylko kawa ale mąż mój zamówił również hamburgera. Zdobył on pierwsze miejsce w konkursie na najobrzydliwszego hamburgera, jakiego Michał zjadł w całym swoim życiu.

 

 

 

 

Ja czułabym się zdecydowanie bardziej zawiedziona, gdyby nie dziesiątki przepięknych budynków, które mijaliśmy po drodze szukając Domu Fortuny, od wielkich monumentalnych budowli użyteczności publicznej, po kamieniczki z przepięknymi wykuszami, kratami balkonów, snycerką okien.

 

 

 

 

Część z nich tradycyjnie bardzo zniszczona, całkiem sporo to właściwie atrapy, same fasady z placem budowy w miejsce starej kamienicy.

 

 

 

 

Kręciliśmy się po sennych uliczkach zmierzając w stronę rzymskiego amfiteatru. Który to już amfiteatr z kolei? Liczyliśmy wspólnie, wyszło że szósty (wcześniej był widziany zza ogrodzenia amfiteatr w Kadyksie, potem obejrzane dokładnie: w Segobridze, Tarragonie, Italice i Meridzie, w zasięgu naszych możliwości jest jeszcze obiekt w Sagunto).

 

 

 

 

Kartageński amfiteatr jest okazały i starannie zrekonstruowany, wchodzi się doń przez nowoczesne Museo del Teatro Romano de Cartagena, po czym przechodzi korytarzem pod przyklejoną do rzymskich ruin Katedrą (Iglesia de Santa María la Vieja). Ciekawostką jest fakt, że w XIX w. starożytna budowla pełniła funkcję areny do corridy.


 

 

 

W amfitaetrze przede wszystkim leniwie wygrzewaliśmy się na słońcu i podziwialiśmy widoki, dzieci wspinały się po wyszczerbionych schodach i wtedy właśnie miał miejsce mój ulubiony dialog między naszymi pociechami:

 

Szymon: Ja niczego się nie boję!

Mania: Nieee? A kolorowej świnki bez ogonka?

Szymon: Hmm. Taak, bardzo się boję.

 

 

Mowa była o śwince skarbonce:)

 

 

 

 

 

Kiedy już dogrzaliśmy się dostatecznie ruszyliśmy na zamek Castillo de la Concepción (VII-IX w.). Niech was nie zmyli czasem nazwa, jeśli ktoś bowiem wybierając się na zamek spodziewa się pokaźnej budowli, może się rozczarować. Zamek bowiem okazuje się być czasem wzgórzem – twierdzą z kolejnymi ścieżkami, tarasami, pomnikami, trawnikami a nawet pawiami, z niewielką budowlą, zaadaptowaną na muzeum, na szczycie. Jednak to, co zwiedzający zawsze ma zagwarantowane to przepiękne widoki na całe miasto.

 

 

 

 

 

My wjechaliśmy na zamkowe wzgórze niecodzienną windą, ażurową tubą z metalu, prowadzącą również do schronów z czasów wojny domowej (Refugio - Guerra Civil), jednak zabrakło nam motywacji żeby zwiedzić te ostatnie. Darowaliśmy sobie również szukanie słynnych murów punickich oraz murów bizantyńskich, spodziewając się czegoś równie atrakcyjnego jak Dom Fortuny. Żałuję natomiast, że nie udało nam się dotrzeć do Museo Nacional de Arqueologia Marina, posiadającego eksponaty wyłowione z morza.

 

 

 

 

 

Tym razem postawiliśmy bowiem na naturę, obiecaliśmy dzieciom czas na plaży, przy okazji chcieliśmy też zobaczyć znajdujące się jakieś pół godziny drogi od Cartageny Ciudad Encantada. Nazwa ta oznaczająca zaczarowane miasto odnosi się do fantazyjnych tworów skalnych wyrzeźbionych przez wodę i wiatr.

 

 

 

 

Najbardziej znane ciudad znajduje się za Cuenką (mam w palnach, a jakże), to do którego dotarliśmy powinno nazywać się raczej calle (ulica) albo rincon (zakątek), bo choć miejsce to bardzo malownicze to jednak przestrzennie maleńkie. Zawsze przekonana byłam, że na fotografiach widać tylko wycinek zaczarowanego miasteczka, okazało się jednak, że tych kilka malowniczych skalnych grzybów to wszystko co można zobaczyć.

 


 

 

 

Udaliśmy się zatem na pobliską plażę, zrobiło się dość zimno, dzieci zawinęły się w polarowe koce, które zawsze wożę dla nich w samochodzie i początkowo nieśmiało, z czasem coraz bardziej ochoczo zaczęły wchodzić do morza. Rozkręcały się brykając w najlepsze z Michałem, kiedy zbliżała się fala, uciekały z krzykiem. Czy to się mogło dobrze skończyć?

 

 

 

 

Wiał silny wiatr i fale, choć słabe przy brzegu, mogły podciąć dzieciom nogi, chwila nieuwagi i Szymon wyłożył się jak długi, upadł głową do tyłu a woda pędziła wprost na niego, Michał złapał go natychmiast, całkowicie mokrego, z błotem na włosach, w oczach i uszach. Tylko mi go podał, ja w krzyk, zobaczyłam jak odpływa zakupiona w schronie lornetka synka, ale byłby płacz gdyby przepadła. Mąż mój bohatersko rzucił się do wody, wyszedł w mokrych spodniach dzierżąc zgubę w dłoniach. Nie wyglądał na szczęśliwego, popatrzyliśmy wszyscy na siebie i w śmiech. Śmialiśmy się długo i treściwie, zrzucając z siebie stres ostatnich chwil. Na szczęście miałam dla Szymona ubranie na zmianę, cała ta przygoda utwierdziła mnie jednak w przekonaniu, że nad morzem nie wolno ani na chwilę spuścić dzieci z oczu, trzeba być obok, nawet jeśli tylko bawią się na brzegu.

 

 

*  *  *

 

 

Teraz zaś nasza ostatnia codzienność w scenerii najprawdziwszego lata, takiego z sandałami, koszulkami na ramiączkach i wentylatorami chłodzącymi spod sufitu. Wczoraj nasza młodsza pociecha pojechała na granja escuela czyli po naszemu - zieloną szkołę. Nawet gdybym nie dostała z colegio szczegółowych informacji na temat wyjazdu, mój syn wyjaśniłby mi wszystko, właściwą mu cechą jest bowiem nadzwyczajna obecność i uważność, czym znacznie różni się na przykład od swojego taty;) Od tygodnia okrągłymi zdaniami cytował zalecenia nauczycielki, dotyczące kremu z filtrem i czapki z daszkiem, która koniecznie musiała być podpisana, dobrze pamiętał zeszłoroczny wyjazd, z którego największą atrakcją wydawał się być serwowany nań makaron.

 

Wycieczka dziecka to oczywiście stres matki, czy wszystko będzie dobrze, czy nic się nie stanie po drodze. Odprowadziliśmy Szymona razem z Michałem, który tego dnia miał dzień wolny, po czym korzystając z trzech sprzyjających okoliczności: że żadne z nas nie pracuje, że dzieci są poza domem oraz że mamy na koncie zwrot podatku, udaliśmy się na śniadanie do baru, potem zaś na zakupy. Kiedy przechadzaliśmy się między półkami supermarketu El Corte Ingles, do męża zadzwonił telefon. Odebrał, powiedział tylko si, po czym stężała mu twarz i zapanowała cisza. Zamarłam, wieczność trwało, zanim usłyszałam pierwsze słowa, oczy miałam pełne łez, gotowa za chwilę rozpłakać się na dobre. Jakaś część mnie próbowała odganiać złe myśli, inna z kolei miała już prawie pewność, że coś złego stało się naszemu dziecku. Po chwili usłyszałam słowa Michała: Tak, jasne, mogę wziąć ten dyżur i moje nogi zrobiły się jak z masła. Przeklęta wyobraźnia.

 

Szymon wrócił zadowolony i nieprzytomny ze zmęczenia, niestety również spuchnięty. Ostatnio zaczął reagować alergicznie na pyłki, puchną mu okolice oczu, które zaczerwienione ma jak królik. Mimo podanych lekarstw, na wycieczce miało miejsce alergiczne apogeum, synek wspomina, że kiedy jeździł na koniu, nie widział dosłownie nic, tak piekły go oczy. Jak co roku przywiózł nam płócienny woreczek z rozmarynem, do włożenia do szafy oraz własnoręcznie upieczoną bułkę, którą zjedliśmy pospołu w drodze do domu.

 

A propos wspomnianego zwrotu podatku, kolejny rok nie posiadam się ze zdziwienia, że można jednego dnia spotkać się z gestorem czyli panem, który rozlicza nasze podatki, zanosząc mu wszystkie potrzebne papiery, dwa dni później pójść do niego po gotowe rozliczenie i już następnego dnia mieć pieniądze na koncie. Mija się to mocno z powszechnie panującą wizją śródziemnomorskiej „maniany”.

 

Moim wieloletnim koleżankom, wśród których słynęłam z tego, że potrafię wydać ostatnie pieniądze na coś, co żadną miarą nie podchodzi pod kategorię „artykuł pierwszej potrzeby”, pragnę donieść, że duch w narodzie nie ginie. Wczoraj stałam się właścicielką torby, do której wzdychałam przez ostatnie miesiące: klasycznej, czarnej, takiej co to nigdy nie wychodzi z mody. Nie wiem czy zwróciłabym na nią uwagę na sklepowej półce, zobaczyłam ją jednak w Madrycie, na ramieniu pięknej pani, maszerującej dziarskim krokiem w pobliżu Prado. Było to w grudniu zeszłego roku a pani w ciemnym płaszczu i jej torba wydały mi się kwintesencją madryckiego stylu. Przechodząc obok zdążyłam dojrzeć znajome logo hiszpańskiej marki, co było zaskoczeniem, gdyż w znakomitej większości torby spod znaku miśka są koszmarne. Wczoraj ruszyłam do sklepu a w środku dusiło mnie poczucie winy, jak mało kiedy uzasadnione. Wytłumaczyłam sobie w końcu, że kryzys minie czy nie, torbę będę miała przez lata. Potrafię być przekonująca;)

 


komentarze (2) | dodaj komentarz

SPOTKANIE. MADRYT, ALBACETE, CHINCHILLA... UFF DŁUGO BĘDZIE

sobota, 12 maja 2012 18:20

 

 

Od niedawna, dzień po dniu, występuję w wersji „śnięta ryba”. Czasem nawet dosłownie, bo zasypiam za dnia, mimo, ze nie mam w zwyczaju robienia sjesty. Najpierw myślałam, że odreagowuję w ten sposób komunijne emocje ale to chyba nagłe pojawienie się lata tak na mnie podziałało. Mamy dziś ponad trzydzieści stopni, z radością wskoczyłam w przewiewne koszulki z krótkim rękawem i sandały. Nareszcie jakaś odmiana, od sześciu miesięcy trwa nieprzerwanie jedna długaśna pora roku zwana jesienio-zimo-wiosną, człowiek ma wrażenie, że wpadł w dziurę czasową i już zawsze będzie tak samo.

 

A jeszcze niedawno, kiedy jechaliśmy na lotnisko Barajas po Agnieszkę, miałam poważne obawy czy uda nam się w Madrycie cokolwiek zobaczyć, groźba deszczu cały czas wisiała w powietrzu. Spadł a jakże, potem jednak zrobiło się ładnie i tak już zostało. Kiedy jestem na lotnisku, atawistyczny stres ściska mi żołądek. Lecąc sama z dziećmi do Polski, jestem ledwie żywa z emocji, trochę boję się latać ale zasiadając w fotelu samolotu, czuję ulgę - najgorsze, czyli cała organizacyjna otoczka, za mną. Czekając na Agnieszkę uświadomiłam sobie, że dosłownie za chwilę, czyli za półtora miesiąca, pojawię się tam znów, z Manią i Szymonem, walizami, żegnającym nas mężem i uczuciem obezwładniającego stresu. Brrr.

 

Tymczasem odebraliśmy z Barajas naszego gościa i udaliśmy się do centrum hiszpańskiej stolicy, tam nastąpiło rozdzielenie, mój niezrównany mąż został z dziećmi w parku Retiro, my zaś z Agnieszką, zaopatrzone w parasolki, ruszyłyśmy w miasto. Martwiłam się trochę z powodu deszczu o moją ekipę w parku, zupełnie niepotrzebnie, jak tylko zaczęło padać mój mąż zarządził: Wkładamy rolki, dzieciom oczywiście było w to graj:)

 

Udało nam się dojść z Agnieszką do wszystkich znanych mi miejsc w Centrum Madrytu, również tych, których wcześniej nie widziałam. Ruszyłyśmy spod zamkniętego Prado (akcja miała miejsce pierwszego maja) Calle San Jeronimo, w stronę Puerta del Sol. Po drodze minęliśmy Plaza de Canalejas, który mijałam już wiele razy i zawsze robi na mnie duże wrażenie.

 

 

 

Madryt, Plaza de Canalejas przy Calle San Jeronimo

 


Następnie zboczyłyśmy trochę, żeby zobaczyć Plaza Santa Ana z moknącym w deszczu pomnikiem Federico Garcia Lorca. Potem już prosto na Sol, gdzie sfotografowałam Agnieszkę z symbolem Madrytu, niedźwiedziem łasuchem, objadającym się owocami z krzaczka, specjalnie dla Hani, córeczki Agnieszki, która lubi misie. Po Sol przyszedł czas na barokowy Plaza Mayor, po czym wielkomiejską Calle de Alcalá udałyśmy się na moją ulubioną Gran Via. Kończę już tę wyliczankę nazw, wszystkie występowały kiedyś na blogu, skrupulatnie wyliczam je po to, żeby uporządkować Agnieszce gdzie była i co widziała.

 

 

 

 

Madryt, Gran Via w nowojorskim ujęciu

 

 

Piękna, wielkomiejska Gran Via, pełna budynków z lat trzydziestych i czterdziestych XX w. od zawsze kojarzy mi się z Nowym Jorkiem, wrażenie to podzieliła również Agnieszka, nowojorskość rozciąga się na wieńczący ulicę Plaza de España, przebywając w tej okolicy można się poczuć naprawdę światowo:)

 


 

 

 Madryt, Plaza de España

 


Kilka kolejnych minut i znalazłyśmy się pod królewskim pałacem – Palacio Real, zamkniętym jak niemal wszystko tego dnia. W związku z pierwszym maja nie nastawiałyśmy się na zwiedzanie zabytkowych wnętrz a tu niespodzianka, okazało się, że można wejść do pobliskiej katedry zwanej Almudena (Catedral de Santa María la Real de la Almudena).

 

 

 

Madrycka Almudena

 

 

Zabytek to stosunkowo młody, jego początki sięgają przełomu XIX i XX w., zaś konsekracja nastąpiła dopiero w 1993 r. Nas zaciekawiły głównie znane nam dobrze freski oraz witraże Kiko Argüello.

 

 

 

 

Madryt, wnętrze Almudeny

 

 

Almudena była ostatnim punktem naszego madryckiego spaceru, ruszyłyśmy z powrotem w stronę Retiro, mijając po drodze Plaza de la Villa, miejsce od wieków związane z władzami miejskimi. Znajduje się tam barokowy ratusz - Ayutamiento de Madrid oraz kilka innych ważnych dla miasta zabytkowych budynków.

 

 

 

 

Madryt, Plaza de la Villa

 

 

Wróciłyśmy wreszcie do parku, gdzie nie zabawiłyśmy długo, ponieważ w międzyczasie rodzina ma udała się na pobliski dworzec Atocha podziwiać żółwie. Dla naszych dzieci to żelazny punkt pobytu w Madrycie. Spotkaliśmy się wszyscy przy sadzawce z setkami żółwi, miejscu którym straszę czasem, jak ta zła macocha, nasze dwa żółwiowe pupile o wdzięcznych imionach Lulu i Nikie.

 

 

 

 Madryt, gdzieś po drodze

 

 

Potem zaś nastał czas Albacete, który umilałysmy sobie chrupiąc churrosy, odwiedzając bibliotekę, pijąc kawę w Pomme Sucre przy maleńkim stoliku z widokiem na Katedrę. Pani w cukierni wzięła nas nawet za Francuzki, co oczywiście było bardzo miłe;) Rozmawiałyśmy, ma się rozumieć, przez czas cały, zapoznałam Agnieszkę z kilkoma znanymi mi z widzenia, charakterystycznymi jednostkami, ludźmi których niby nie znam ale czasem zaprzątają moją uwagę.

 

Na przykład Pan Mieszkanek, wygląda na urodzonego Dyrektora Bardzo Ważnej Instytucji, zawsze poważny i trochę kanciasty, mieszka naprzeciwko naszego domu, spotykamy się co niedzielę w Katedrze, gdzie przychodzi z żoną i trójka dzieci. Był czas, kiedy bez przerwy gdzieś go spotykałam, raz, kiedy znienacka wypadłam zza rogu, w szkole naszych dzieci, powiedział mi nawet dzień dobry, Pan Mieszkanek jest bowiem z tych osobników, który przygląda się uważnie ale nigdy nie pozdrawia. Całkiem niedawno ubierałam wykąpanego Szymona na łóżku w naszej sypialni, przeważnie mam tam zaciągnięte zasłony, tym razem jednak okno było odsłonięte. Siedzę więc na łóżku, tyłem do okna, patrzę w lustro, które mam naprzeciwko i nagle widzę w nim Pana Mieszkanka. Stoi z surową miną i paaaatrzy. Aaaaa - krzyknęłam dramatycznie, po czym zniknęłam z pola Mieszkankowego widzenia i skradając się pod ścianą zasłoniłam okno. Takie mam czasem przygody:)

 

Tęczowy Rowerzysta – ojciec dziewczynki w wieku Szymona, z równoległej klasy. Zawsze na rowerze, z rowerem, obok roweru, czasem w tęczowym oldschoolowym kostiumie, w stylistyce z lat osiemdziesiątych. Zawsze też poważny, z zamyślonym wyrazem twarzy i nieobecnymi stalowymi oczami, jak jakiś romantyczny, wysportowany poeta. Jako, że to małe miasto, jego również zaczęłam spotykać w okolicznościach pozaszkolnych, najczęściej na jednej takiej ulicy prowadzącej do Katedry. Jakie było moje zdziwienie, kiedy kilka razy widziałam go wchodzącego lub wychodzącego z tej oto ruiny:

 

 

 

 

Albacete, meta Tęczowego Rowerzysty:)

 

 

Cóż on może tam robić, chowa swój rower, składa nowe rowery, przechowuje kradzione??? Pewnego razu przyłapałam go, jak wychodził z ruiny, prosto do pobliskiej pralni i wszystko stało się jasne. Nad drzwiami ruiny widnieje napis z taką samą nazwą pralni, jak ta obok, do której wszedł, zapewne jest właścicielem zakładu a w ruinie ma jakiś magazyn. Mówcie mi detektywie, ja to mam ciekawe życie;)

 

I jeszcze kulinaria. Z jadalnych wyczynów stworzonych w czasie pobytu Agnieszki pochwalić się muszę sałatą, przyrządzaną w asyście gościa oraz Michała, w pełnej napięcia atmosferze. A wszystko to za sprawą tej puszki:

 


 

 

 

Była to tak zwana wdzięczność pacjenta. Muszę Wam powiedzieć, że mój mąż bardzo lubi i szanuje swoich pacjentów z Almansy, często o tym mówi i jest to pewna nowość, bo nie zdarzyło mi się słyszeć tego typu słów za czasu pracy w warszawskim szpitalu – fabryce. Pacjenci zaś odwdzięczają mu się zaufaniem (Panie doktorze, jak pan przestanie tu pracować nie dam się zoperować nikomu) a raz na sto lat również prezentem typu: domowa galaretka z pigwy, zrobiony własnoręcznie Don Kichot z metalowych prętów i ostatnio właśnie ta puszka a właściwie dwie ale tę drugą oddał M. asystującej mu pielęgniarce. Okazało się, że to domowej roboty kuropatwa w marynacie czyli perdiz en escabeche, delicje, których miałam okazję już kilka razy próbować. Zastanawiało nas tylko jakim cudem pacjent kuropatwę tak profesjonalnie zapuszkował, zrobił to zapewne w jakimś zaprzyjaźnionym zakładzie. Kuropatwa została przewidziana na przyjazd Agnieszki, na sałatę, którą zamierzaliśmy spożyć z wyśmienitym winem Palarea 2007 z naszej Chinchilli. Otwierałam puszkę nie wiedząc co w niej zastanę, początkowo uderzył nas ostry zapach marynaty, zaczęłam wyciągać powoli upchnięte do środka mięso wraz z kośćmi, bojąc się coraz bardziej, wskutek upiornych żarcików męża, że na koniec wyskoczy głowa z dziobem. Nic takiego się jednak nie stało, odseparowałam różowe chude mięso, zostawiając talerz pełen kości i kto wie czego jeszcze. Po kilku dniach mąż wyznał mi, że widział tam czaszkę brrr.

 

 

 

 

Sałata była prosta ale smakowita, podstawą były dobre produkty: mieszanka sałat: roszponki, dwóch rodzajów czerwonej sałaty oraz młodych liści buraka, mięso kuropatwy, czerwona cebulka, uprażone orzeszki piniowe i delikatnie miodowy sos winegret. Świetnie komponowała się z winem Palarea, moim trunkowym faworytem przewidzianym na specjalne okazje.


 Ponieważ nie było możliwości wyruszyć gdzieś dalej, wybraliśmy się pewnego dnia do Chinchilli, w której Agnieszka na szczęście jeszcze nie była.

 


 

Chinchilla de Monte - Aragon, domy - jaskinie

 

 

Odwiedziliśmy tamtejszą bibliotekę, recytowałyśmy rosyjskie wiersze, które zapamiętałyśmy z podstawówki (jesteśmy z Agnieszką z tego samego rocznika)...

 

 

 

Chinchilla

 

... piłyśmy kawę i colę w barze - jaskini...

 


 

Chinchilla, casas - cuevas

 

 

...a na koniec zobaczyłyśmy cud albo UFO jakieś:

 

 

 

 

 

I to by było na tyle:)

 

 


komentarze (7) | dodaj komentarz

TEN SZCZEGÓLNY DZIEŃ

poniedziałek, 07 maja 2012 23:40

 

 

Emocjonujący, uroczysty i wzruszający a także szary i deszczowy, taki był dzień Pierwszej Komunii Mani. Długo zachowywałam zimną krew ale gdzieś tak czterdzieści minut przed wyjściem do kościoła, emocje wzięły górę. Miotałam się po domu w wielkim stresie, w czym wydatny udział miały wolno schnące paznokcie jak również porwane tuż przed wyjściem rajstopy i włożone w zamian kolejne, w uroczo pomarańczowym odcieniu, gryzącym się z resztą stroju. W katedrze na szczęście spłynął na mnie spokój, między ludźmi, z którymi co niedziela spotykałam się na południowej mszy, czułam się niemal jak w domu, znajome twarze, kameralna atmosfera. Hiszpańskie Komunie różnią się znacznie od uroczystości, w której jako dziecko brałam udział. Pamiętam nieprzebrane tłumy dzieci i gości, mszę ciągnącą się przez dwie godziny, brak miejsc siedzących, opowieści o prezentach, omdlenia. Tymczasem w sobotę w uroczystości brało udział dwadzieścia czworo dzieci, co i tak jest dwa razy większą liczbą niż zazwyczaj. Dziewczynki i chłopcy stali po dwóch bocznych stronach ołtarza i każde z nich miało jakąś rolę do spełnienia w trakcie uroczystości.

 

 

 

 

Marianka czytała psalm, zaangażowany został również mój mąż, który odczytał na koniec podziękowania w imieniu rodziców. Prawdopodobnie dlatego usadzeni zostaliśmy w pierwszej ławce, czyli w najlepszym z możliwych miejsc. Ławki dla rodziców oznaczone były nazwiskami, nie można było ich wybierać dowolnie, my naszą maleńką grupą zmieściliśmy się tam wszyscy, wraz z chrzestną Agnieszką i koleżanką Mani, Candelą. Przez jakiś czas nie widzieliśmy prawie Marianki, stojącej, jako jedna z wyższych, na końcu rzędu, zasłaniała ją bowiem dorodna palma, która jednak okazała się być rekwizytem potrzebnym do kazania i za jakiś czas została usunięta. Don Diego, ksiądz udzielający Komunii, zawsze się tak starał, co tydzień zastawaliśmy przed ołtarzem przeróżne przedmioty, mające pomóc dzieciom w zrozumieniu czytań. Bardzo podobało mi się to co mówił podczas komunijnego kazania, mianowicie, że to co właśnie przeżywamy nie jest aktem społecznym, inaczej bowiem, nad kościołem tego dnia powinien zawisnąć napis „Witamy w teatrze”, podkreślał duchowy wymiar wydarzenia, co bardzo mi pomogło. A to dlatego, że tej rangi uroczystość przeżywana w obcym kraju siłą rzeczy stawia pytania o to, czy nie będziemy się jakoś negatywnie wyróżniać. Ileż ja się naprzejmowałam sukienką, tymczasem okazało się, że stroje dziewczynek były bardzo różne i ta nasza nie wyróżniała się w ogóle, również jeśli chodzi o wygląd rodzin i gości, przytaczając słowa Agnieszki – kapeluszy nie stwierdzono;)

 

 

 

 

Co zaś się tyczy chłopców, dominowały dwa typy, po pierwsze strój marynarza, który występował w dwóch odmianach: admirał i jego podwładni. Admirał był jeden, w granatowym stroju zdobionym złotem, pozostali, w białych bluzach z marynarskim kołnierzem, wyglądali przy nim jak majtkowie. Drugi typ to miniatura del hombre, po naszemu „chłopunio”, co oznacza strój będący wierną kopią odświętnego ubrania taty: białe lub beżowe spodnie, granatowa marynarka, błękitna lub biała koszula oraz krawat. W trakcie uroczystości zdążyłam pomyśleć, że jeśli dane nam będzie mieszkać w Hiszpanii za pięć lat (co niestety wydaje mi się coraz mniej prawdopodobne), Szymon wystąpi w wersji numer dwa, znacznie praktyczniejszej, do powtórnego wykorzystania. Wśród chłopców - gości dominowały krótkie spodenki, założone do podkolanówek, na przykład w kolorze różowym.

 

W trakcie uroczystości ciśnienie kilka razy podniósł nam położony przed ołtarzem dywanik – pułapka, o który potykały się dzieci, jak również akcja łapania koleżanki Mani, która stanęła w kolejce do komunii, mimo że jej własna Pierwsza Komunia miała mieć miejsce następnego dnia. Z relacji świadków wiemy, że na innej uroczystości, znana nam dobrze Anabelle, spadła z siedziska. Oj działo się.

 

Na koniec dzieci dostały od księdza na pamiątkę osobliwy podarek, z daleka zastanawialiśmy się czy to mydełko czy może krem do twarzy, tymczasem była to drewniana kostka z nadrukowanymi modlitwami, głównie dotyczącymi błogosławieństwa pokarmów.

 

 

 

 

Jeśli zaś chodzi o prezenty, nie mogę nie napisać o jednym, który mnie zachwycił a mianowicie o podarowanej Mani przez chrzestną oryginalnej ilustracji Doroty Łoskot Cichockiej, do książki dla dzieci „Święta Faustyna” (autor Krzysztof J. Kopciński, wyd. Muchomor) Akurat tej książeczki nie mamy, jaka to będzie frajda mieć i książkę i oryginał. Obrazek idealnie wpisuje się w komunijną tematykę i jest tak jakoś wzruszający, że zamiast wieszać go w pokoju Mani, powiesiliśmy go w salonie, który od razy zaczął „jakoś” wyglądać.

 


 

 

 

Po uroczystości w kościele mieliśmy jeszcze chwilę, żeby wpaść do domu, po czym ruszyliśmy do na biesiadę do Nuestro Bar (pisałam o nim tu oraz tu). Wbrew nazwie bar stanowi tylko niewielką część lokalu, reszta zaś jest dużą, kilku salową i dwupoziomową restauracją. Do ostatniej chwili nie byłam pewna czy czeka na nas zarezerwowany stół, nic to, że rezerwację robiliśmy osobiście, jesteśmy przecież w Hiszpanii;) Odetchnęłam z ulgą kiedy zaprowadzono nas na górę, gdzie czekało na nas przygotowane miejsce. Agnieszce spodobał się lokal, wybrany z myślą o niej, ze względu na typowo manczegowską kuchnię i typowo manczegowski, folklorystyczny wystrój.

 

 

 

Wbrew temu, co widać na zdjęciach, restauracja pełna była ludzi

 

 

Zasiedliśmy za stołem i zaczęło się zamawianie. Na pierwszy ogień poszły przystawki: queso frito, (kostki smażonego sera manchego) niezmiennie faworyt mojej rodziny, również lomo de orza (plastry schabu marynowanego w oliwie i winie z przyprawami), dalej talerz jamon iberico, szynki której dość dawno nie jadłam i zdążyłam już zapomnieć jaki wspaniały ma smak, do tego krokiety ziemniaczane a także dość osobliwa przekąska – talerz smażonych ziemniaków z oliwą i kawałkami szynki - efekt nieporozumienia z kelnerem. Zamawiając drugie dania poprosiliśmy o frytki dla Szymona (hiszp. patatas fritas czyli smażone ziemniaki), następnie zaś omawialiśmy inne dania i kiedy pan zaczął dopytywać o szczegóły przygotowania ziemniaków, byłam pewna, że mówimy o ziemniakach do ryb, które zamówiliśmy. Tymczasem zamiast frytek przyniesiono tłuczone ziemniaki po kastylijsku, na szczęście były smaczne a i Szymon swoje frytki w końcu dostał. Jako drugie danie w większości zamówiliśmy ryby - lubinę i doradę, z wyjątkiem mojego męża, który wybrał cochinillo (ktoś pamięta prosiaczki z Segovii?). Na deser były lody, kawa oraz talerz z małymi porcjami różnych kastylijskich deserów, między innymi leche frita, popijaliśmy to wszystko winem Estola Gran Reserva rocznik 2001.

 

 

 

 

Od góry: lomo de orza, kastylijskie ziemniaczki, lubina oraz desery

 

 

Uwielbiam świętowanie przy stole, rozmowy, wino, kosztowanie kolejnych specjałów. Specjalna była tym razem okazja, jak również obecność naszego gościa. Z Agnieszką znamy się od dawna, zbliżyły nas smutne chwile, potem jednak byłyśmy świadkami wielu radosnych. Wzrusza mnie fakt, że ktoś zdobył się dla nas na tak daleką i kosztowną podróż, wzrusza mnie to, że są ludzie, maleńka grupa, która od lat nam towarzyszy. Najpierw byliśmy studentami z narzeczonymi u boku, potem gośćmi na swoich ślubach, świadkami narodzin dzieci, wyjazdów, rozwoju zawodowych karier. Jak dobrze jest czasem się spotkać i narozmawiać za te wszystkie przemilczane miesiące a nawet na zapas.

 

Po powrocie do domu oddałyśmy się właśnie rozmowie, dziewczynki zaś bawiły się u siebie w pokoju. Z błogostanu wyrwał nas dzwonek domofonu: Isabel! Byliśmy przekonani, że nie przyjdzie, zaproszona przez Manię koleżanka miała tego dnia inną Komunię, jej mama wspominała co prawda, że Isabel mogłaby wpaść wieczorem, na koniec jednak doszła do wniosku, że nie da rady jej przywieźć. Mnie zestresował głównie niewyjściowy bałagan, jednak Hiszpana do salonu można by zaciągnąć jedynie wołami, nawet jeśli uparcie się go zaprasza do środka, przestąpi drzwi wejściowe mieszkania ale już z przedpokoju za żadne skarby się nie ruszy. Głównym tematem, jaki zdążyłyśmy w ciągu tych kilku minut poruszyć, była pogoda. Co tu dużo mówić padało i padało, mieliśmy ogromne szczęście, że akurat nie wtedy, kiedy szliśmy do kościoła i z niego wracaliśmy.

 

Następnego zaś dnia było pięknie i słonecznie, odprowadziłam Manię, zaproszoną na Komunię Candeli, do domu jej rodziców i odebrałam już po obiedzie w restauracji. Córka była bardzo smutna, ze łzami w oczach porównywała tabuny gości z naszą skromną liczebnie ekipą. Przypominam jej, że podczas wakacji dziadkowie urządzą dla niej przyjęcie, na które zjedzie się cała najbliższa rodzina ale im częściej podkreślam, że nie jesteśmy stąd, tym jest gorzej, Mania bowiem żyje w przekonaniu, że wszystkiemu, co idzie nie po jej myśli jest winne mieszkanie w Hiszpanii. Ja zaś wiem na pewno, że nasz czas w tym miejscu to czas podarowany, szczególny, naprawdę wyjątkowy, nawet w te zimne deszczowe dni, kiedy nic specjalnego się nie dzieje. I czuję to tym mocniej im mocniej kryzys daje nam się we znaki. A daje się z miesiąca na miesiąc bardziej, nawet nie chce mi się o tym wspominać ale to co się teraz dzieje, to zupełnie nowa kryzysowa jakość. Cieszę się więc tym że tę Hiszpanię mam, dopóki ją mam. Cieszę się, że doczekaliśmy w Albacete Komunii Marianki, że nasze nazwiska zapiszą się w księgach tego miasta, że zostanie tu po nas jakiś ślad, choćby tak niewielki.

 

 

 

 


komentarze (15) | dodaj komentarz

CARRRAMBA, AGNIESZKA W CARAMBIE!

piątek, 04 maja 2012 18:17

 

Agnieszka:

 

Korzystając z gościnności Ani zaglądam tu na chwilę i ja, Agnieszka z Ubocza. Tym razem zupełnie wyjątkowo od strony pulpitu nawigacyjnego, za specjalnym zaproszeniem Autorki bloga.

Doszłyśmy obie do wniosku, że spotkanie takie, jak nasze, należy upamiętnić wspólnym wpisem. Dziękujemy Panu Lechowi za inspirację!

W Carambie świeci słońce, ale myliłby się ten, kto by się spodziewał typowo hiszpańskiej pogody, cokolwiek by to znaczyło. Uprzedzona poprzednim wpisem z sugestywnym zdjęciem gradu, wzięłam ciepłe ubrania. Przydają się. Czasem też pada deszcz, więc trzymamy kciuki za jutrzejszy dzień. Oby było pięknie i słonecznie.

W Albacete zdążyłam już zobaczyć niemal wszystkich bohaterów niniejszego bloga, ze strasznym Diabłem Bawarskim włącznie. Wygląda niezwykle żywotnie, dobrze odżywiony i z lekkim ADHD na pierwszy i ostatni rzut oka. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć Tęczowego Rowerzystę! Do wszystkich miejsc opisywanych przez Anię jest dosłownie kilka kroków. Czuję się jakbym wskoczyła do kolejnego rozdziału powieści, jako postać epizodyczna z drugiego planu.

Na razie nadrabiamy zaległości w rozmowie, co skutkuje podkrążonymi z niewyspania oczami...

 

 

 

 

Ania:

 

Te podkrążone oczy to leitmotyw każdego dnia, dziś obiecujemy sobie położyć się wcześniej, głównie ze względu na komunijne zdjęcia;) Zrelacjonuję niedługo obszerniej gdzie byłyśmy, co widziałyśmy oraz czego spróbowałyśmy, Tęczowy Rowerzysta również tu jeszcze wystąpi, teraz zaś pozdrawiam czytelników ciepło i uciekam z Agnieszką biegać po mieście.

 

 

 


komentarze (4) | dodaj komentarz

JA TYLKO NA CHWILĘ...

wtorek, 01 maja 2012 0:37

 

 

...pokazać kolejną odsłonę hiszpańskiej wiosny. Moi panowie zdążyli dziś wrócić z taekwondo dosłownie w ostatniej chwili, co prawda zmokli ale ominęło ich gradobicie.

 

 

 

 

 

 Biało od gradu. Pani sprzedająca losy, o której pisałam kilka lat temu, wciąż tu siedzi.

 

 


 

 

A propos taekwondo, byliśmy wczoraj całą rodziną na otwartym pokazie zorganizowanym z okazji dwudziestolecia gimnasio, do którego chodzi nasz syn. Było bardzo uroczyście, udział brali wszyscy trenujący zawodnicy, również nasz pięciolatek.

 

 

 

 

Co to były za emocje, wystarczył sam widok naszego kurczaka siedzącego między dużo starszymi dziećmi i dorosłymi a już oglądanie go pędzącego przez całą salę, żeby kopnąć w styropianową tabliczkę, to było naprawdę coś:)

 

 

 

Biegnij Szymon, biegnij!

 


Wbrew ostatnim notkom na temat piłki nożnej, marny ze mnie kibic, jednak pokaz na żywo jest czymś zupełnie innym niż zerkanie w telewizor. Udzieliły mi się emocje, klaskałam jak opętana, zaś mój stan po obejrzeniu najbardziej spektakularnych momentów śmiało można nazwać euforią. Podziwiałam zawodników koncentrujących się przed trudnymi numerami, w skupieniu mierzących odległości. I nagle ciach, salto do tyłu i jednoczesne kopnięcie w powietrzu, w jabłko trzymane przez kolegę na dużej wysokości, rozpadające się w drobny mak. Albo inny numer, jeden zawodnik trzyma na głowie coś w rodzaju paletki do ping ponga, na której stoi plastikowy kubeczek, na nim zaś jabłko i znowu ciach, paletka poziomym ruchem zostaje strącona z głowy kolegi a kubek z jabłkiem nadal na niej stoi i nawet nie drgnie. Nie pierwszy już raz dochodzę do wniosku, że w tego typu pokazach oprócz umiejętnego stopniowania emocji, kluczową role odgrywa muzyka. Ta wczorajsza była tak dobrze dobrana, że przed najtrudniejszymi wystąpieniami czułam się jakbym była w kinie na thrillerze.

 

 

 

 

Desek padło tego dnia bez liku

 

 

Podziwiam moje dzieci za to, że w ogóle się nie boją publicznych wystąpień, ja na ich miejscu umierałabym ze strachu. Mania na przykład zaniosła ostatnio do szkoły, z własnej inicjatywy, nasz starożytny syntezator i grała na nim dla całej klasy różne „Wlazł kotki” i „Kurki trzy”, których sama się nauczyła. Pan nauczyciel nagrał te występy i wrzucił na szkolnego bloga, zrywaliśmy boki oglądając Maniutkę grającą „Kurki” za nauczycielskim biurkiem i całą jej klasę grzeczniutko wtórującą jej na fletach:)

 

 



komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  74 832 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Ania, żona i mama, trzydziestoparolatka, historyk sztuki z zawodu. Od czterech lat wraz z rodziną w Hiszpanii.


KONTAKT:

carambablog@wp.pl

O moim bloogu

Blog o Hiszpanii - nasza codzienność w Kastylii La Manchy, podróże, fiesty, kuchnia hiszpańska

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 27.04.2012 15:44:42
  • autor: Ania T.
  • treść: Hola Marku zapraszam...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Odwiedziny: 74832
(wersja testowa)