Już niedługo wyjeżdżamy, całe szczęście bo najlepiej w tym przestoju i upale czuje się moja wewnętrzna zrzęda. Plany mamy bogate, powiedziałabym nawet, że nieco szalone. Czekam na mój ulubiony moment, kiedy zapakujemy do samochodu już wszystkie rzeczy, łącznie z terrarium z żółwiami, trzaśniemy drzwiami i... witaj przygodo. Tak to wygląda w mojej wyobraźni, w praktyce może być nieco bardziej nerwowo;) Kolejną fajną chwilą jest wkroczenie na teren całkowicie nieznany, w tym przypadku na trasę tuż za Walencją. Nie byłabym jednak sobą, gdyby moja radość nie była podszyta lękiem: Czy nic się nie stanie dzieciom, czy nie będziemy mieli wypadku, czy nikt nas nie okradnie, czy cało i zdrowo wrócimy do domu i czy zastaniemy go w takim samym stanie? Po prostu klasyka.
A dziś, powodowana umiłowaniem porządku, chciałabym, jeszcze przed wyjazdem, poświęcić kilka zdań szumnie zapowiadanemu muzeum w Salamance. Nazywa się Museo de Art Nouveau y Art Déco, znane jest również jako Casa Lis. Dotarliśmy tam po całym dniu błądzenia po mieście i obie z Manią ożywiłyśmy się momentalnie. Jak już kiedyś wspominałam, bardzo lubię muzea rzemiosła i zabawek a Casa Lis to jedno i drugie, w dodatku rzemiosło tam prezentowane to najwyższej klasy przedmioty ukazujące różne oblicza dwóch fascynujących stylów: secesji (przełomowe dziesięciolecia XIX i XX wieku) i art deco (lata dwudzieste i trzydzieste XX w.). Przypomniała mi się pierwsza sesja na studiach i wkuwane zbiorowo wraz z Mat. i z kilkoma innymi osobami, nazwiska czołowych secesyjnych twórców: Emila Gallé, René Lalique'a, braci Daum. Przedmioty przez nich sygnowane już wtedy zachwyciły mnie na fotografiach ale dopiero w Salamance miałam okazję je zobaczyć. Museo de Art Nouveau y Art Déco jest instytucją stosunkowo młodą, otwarto je w 1995 roku. Ekspozycję tworzy kolekcja zgromadzona przez jednego człowieka, antykwariusza z Salamanki, Manuela Ramosa Andrade. Ofiarował on zbiory swego życia miastu, które znalazło godne ich klasy miejsce, w postaci przepięknej secesyjnej willi Casa Lis. Ramos Andrade osobiście zaplanował położenie każdego prezentowanego tu przedmiotu.

Salamanca, wejście do secesyjnego budynku Casa Lis
W Casa Lis zachwycało mnie dosłownie wszystko, od budynku począwszy. Każda kolejna sala utwierdzała mnie w przekonaniu, że to jedno z najwspanialszych muzeów w jakich do tej pory byłam. Poza tym to bardzo kobiece muzeum, mam tu na myśli charakter zbiorów: setki wspaniałych figurek z porcelany, szkła, brązu lub też wykonanych techniką chryzelefantyny, szkło użytkowe, biżuteria, wachlarze, meble a do tego wspaniała kolekcja zabawek z bardzo bogatym zbiorem dziewiętnastowiecznych lalek francuskich.

Tylna, przeszklona witrażami, elewacja Casa Lis (źródło zdjęcia Wikipedia)

Casa Lis, witraże klatki schodowej na piętrze (żródło zdjęcia: www.coprepa.es)
Skupiając się na najsłynniejszych tylko nazwiskach w Salamance podziwiać możemy prace Rene Lalique'a: figurki z opalizującego szkła i kryształowe flakony na perfumy, również biżuterię jego projektu; ozdobione subtelnym ornamentem roślinnym, japonizujące lampy i wazony Emila Gallé, szkło braci Daum. Zachwyciła mnie szczególnie kolekcja ponad stu chryzelefantynowych figurek, w tym dzieła największych mistrzów tej techniki: Demetre H. Chiparusa i Ferdinanda Preissa.

Rene Lalique i Emil Gallé, wazony (źródła zdjęć)
Chryzelefantyna jes techniką łączącą brąz i kość słoniową. Figurki w stylu art deco przedstawiające egzotyczne tancerki czy młode sportsmenki o jasnych kościanych ciałach, osiągają dziś zawrotne ceny, będąc szczególnie poszukiwane przez kolekcjonerów. Są wyjątkowo piękne, dekoracyjne i zarazem subtelne. Szczególne wrażenie wywarły na mnie rzeźby Chiparusa, niezwykłej urody statuetki postaci inspirowanych Baletem Rosyjskim.


Otto Hoffmann, Pierrot, (chryzelefantyna)
Po salach z francuskimi lalkami biegałyśmy z Manią jak oszalałe (Michał siedział wykończony na ławce zaś Szymon z lubością oddawał się froterowaniu podług całym swoim ciałem). Lalek tych jest mnóstwo a większość z nich kompletna, odziana we wspaniałe suknie, kapelusze, skórzane buciki z licznymi akcesoriami. Niektóre z nich mogłyby z powodzeniem zagrać w horrorze, takie miały miłe buźki.
Jedynym mankamentem Museo Casa Lis jest jego fatalna strona internetowa wyświetla się dziwnie, niczego nie można się doszukać, brak wyczerpująco opisanych zbiorów oraz fotografii. Nie mogłam więc za bardzo znaleźć reprezentatywnych ani też dobrej jakości zdjęć. Musicie mi wierzyć na słowo, że oglądając zbiory ekstatycznie pokrzykiwałam: Jakie to piękne, to jest bardzo znane i to i to... Ech i na koniec odurzona tym wszystkim doznałam w sklepie z pamiątkami całkowitego zaćmienia i nie kupiłam książki dla dzieci o Casa Lis. Stałam tuż obok niej, patrzyłam na okładkę i ze zmęczenia nie odnotowałam, że jest to książka o muzeum, mój ulubiony rodzaj pamiątki (oprócz ołówków oczywiście).

Marianka, jako chryzelefantynowa tancerka, tuż po wyjściu z Muzeum:)
A nie dalej jak wczoraj dowiedziałam się, że jest już na świecie książka dla dzieci z moimi ilustracjami:))) Jestem bardzo podekscytowana ale nieco więcej napiszę, kiedy przyjdzie do mnie pocztą.
A na końcu chciałabym zaprezentować wszystkim książkę napisaną przez mamę mojego męża, czyli moją teściową. Jest to historia starego Sieradza, jak również kawał historii rodziny Michała, tym samym część historii moich dzieci. Fotografia na okładce pochodzi – a jakże – z okresu secesji, przedstawia prababcię i zmarłą przed dwoma laty babcię mojego męża, tu kilkuletnią dziewczynkę, później piękną jak anioł kobietę i bardzo dobrego człowieka.


Tak za pomocą wielkich, wilgotnych (?) szmat, próbowano sobie radzić z upałem w Madrycie, na początku ubiegłego stulecia. Jest to zdjęcie fotografii wiszącej w barze, gdzieś na trasie do Avila.
W te najgorętsze letnie miesiące doceniam czas sjesty, co więcej, chce mi się wtedy spać a nie mam w zwyczaju sypiania w dzień. Swoją drogą bardzo dziwne wydawało mi się w Polsce to, że sklepy i usługi czynne są tylko do siedemnastej, ba, nawet do szesnastej (dane z Polski Wschodniej), co najmniej tak samo dziwne jak fakt, że centra handlowe otwarte są w niedzielę. Strasznie się szybko człowiek odzwyczaja i przyzwyczaja do nowego. Odzwyczaiłam się też, niestety, od nauki języka, do tego stopnia, że niedawno, przy wejściu na basen, poprosiłam po polsku o bilety i nie wiedziałam dlaczego pan w kasie dziwnie na mnie patrzy. Miałam potem poczucie dojmującej językowej klęski a po pewnej sympatycznej przygodzie w warszawskim Smyku, myślałam, że może być tylko lepiej. Kiedy w pustym niemal dziale z zabawkami usłyszałam język hiszpański, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zaczepić małżeństwa Hiszpanów. Rozmawialiśmy kilka minut sympatycznie i oboje małżonkowie bardzo chwalili mój język. Wyszłam ze sklepu w uniesieniu, niestety zaledwie dwa tygodnie później zostałam sprowadzona na ziemię. Jeśli się nie wezmę porządnie za naukę, nie mam co marzyć o jakiejkolwiek praktyce po wakacjach, w aktualnej kondycji nie przebrnęłabym przez żadną rozmowę wstępną.
Wspomniałam o basenie, ratujemy się nim co jakiś czas. To jedyne miejsce, dokąd chodzimy i to tylko dzięki determinacji Michała bo ja najchętniej omdlewałabym w tym czasie na sofie. Ostatnio okupujemy kompleks basenowy w Chinchilli, z widokiem na górę zamkową. Dużą zaletą tego miejsca jest groszowa wejściówka na czas nieokreślony oraz duży, zielony, ocieniony drzewami teren, przylegający do dwóch basenów i brodzika dla najmłodszych. Tłumy ludzi siedzą tam godzinami a właściwie piknikują, choć obowiązuje zakaz wnoszenia jedzenia. Kiedy przyjechaliśmy tam pierwszy raz, nasunęło mi się nieodparte skojarzenie z tym obrazem, choć widok był znacznie mniej elegancki:

Jeśli zaś mowa o elegancji, pozwolę sobie napisać dwa słowa o hiszpańskich mężczyznach. Hiszpanie są zadbani i pachnący, sami o sobie mówią, że są w stanie wydać na nienaganny wizerunek ostatnie pieniądze (dodając po chwili, że może jednak nie aż tak jak Włosi:)) Ja zaś mam wrażenie, że poznałabym Hiszpana na końcu świata po... koszuli. Koszule zazwyczaj są markowe, dobrej jakości i kosztują krocie. Widuję je wyłącznie wersji wyprasowanej, na panach, którzy wyglądają, jakby dopiero co wyszli z domu. Najbardziej charakterystyczne są jednak wzory, paski lub kratki, koniecznie wyraziste. I to właśnie koszulowe desenie, bardziej nawet niż logo Lacoste, Burberry czy Tommy H., są najbardziej charakterystycznym elementem wyglądu przeciętnego (czyt. nieprzeciętnie zadbanego) Hiszpana. Prezentowany poniżej kolaż pochodzi ze zdjęć z naszych prywatnych zbiorów, wystarczyły dwie, trzy imprezy firmowe Michała, żeby dysponować całkiem sporym materiałem poglądowym, on sam również tu występuje, w wersji latino:)

I jak tu nie zostać elegantem, kiedy już jako chłopczyk zaczyna się w ten sposób:

Jesteśmy uziemieni w domu przez okrutny upał, nawet wieczorem trudno jest wyjść z domu. Jak już uporam się z powyjazdowym bałaganem (jest mała szansa, że dziś), muszę zająć się dziećmi, żeby nie siedziały cały czas przed telewizorem i w ogóle postarać się jakoś dobrze spędzić te dwa tygodnie aresztu domowego. Po tym bowiem czasie wyruszamy na podbój Katalonii i ta właśnie okoliczność (oraz wiatraki pod sufitem) trzyma nas wszystkich przy życiu.
A teraz o tym, jak było w Polsce. Jak zwykle bardzo intensywnie, dwa tygodnie pobytu wypełnione miałam szczelnie spotkaniami z rodziną, przyjaciółmi, bieganiem po sklepach, załatwianiem różnych spraw. Bardzo lubię te krótkie chwile kiedy mogę pomieszkać w naszym warszawskim mieszkaniu, jest o niebo wygodniejsze i ładniejsze od tego w Albacete, a jednak to tu mieszkam dwa razy dłużej niż na Ursynowie. Na początku odbywa się rytualne wyciąganie dziecięcych zabawek, duża frajda dla Mani i Szymona, którzy przez rok zapominają, jakie skarby kryje nasza wielka szafa w przedpokoju. Przy okazji robię przegląd rzeczy, których mogłabym się pozbyć. W ciągu kolejnych dwóch lat wyniosłam z domu około połowy tego, co zostawiliśmy w Warszawie.
Przylecieliśmy do Polski wieczorem a już następnego dnia, niemal o świcie, przyjechał mój tato, żeby nas zabrać na rodzinny ślub i wesele. To dopiero była impreza, do tej pory jestem pod wrażeniem, w szczególności jadła. Objadałam się bez umiaru, po kilku komplementach na temat mojej szczupłości (to na zasadzie kontrastu do tego, w jakiej wersji widziano mnie ostatnio) puściły mi wszystkie bariery. Pewnie i tak by puściły na widok: pieczonego płonącego dzika, podawanego z przepyszną kaszą gryczaną z grzybami

niesamowitego bufetu z wędzonymi rybami

pieczonego jelenia

wędzonych szynek z dzika

a także polędwiczek nadziewanych suszonymi pomidorami, zupy gulaszowej podawanej w wydrążonym bochenku chleba, sękaczy i całej masy wspaniałych przystawek. Szynki z dzika wędził mój rodzony brat, który nie jest kucharzem tylko człowiekiem wielu talentów. Sam robi swojej córeczce parówki, żeby nie jadła byle czego, nam zaś później zaserwował w swoim domu wspaniałego wędzonego kurczaka.
A na weselu jadłam i jadłam, tańczyć za bardzo nie mogłam, bo na ten widok Szymon dostawał histerii, głównie więc rozmawiałam, przekrzykując orkiestrę. Od tego przekrzykiwania, klimatyzacji i pewnie czegoś tam jeszcze, rozchorowałam się okropnie, przez kilka dni ataki koszmarnego kaszlu nie dawały mi żyć. Za to Szymon, przywieziony z zapaleniem płuc, zdrowiał wbrew lodowatemu zimnu w samolocie i ukropowi w pozbawionym klimatyzacji samochodzie dziadka. Na początku wyglądał tak źle, że rodzice nie omieszkali zmyć mi głowy, że niemal zagłodziłam dziecko, niech ktoś jednak spróbuje nakarmić go na siłę. Szybko zaczął dochodzić do siebie i jak już zaczął jeść niemal nie przestawał. Do rodzinnych anegdot przeszedł dialog z babcią:
Szymonku chodź, zmienię ci bluzeczkę
Nie chcę bluzeczki, chcę rosołu!
Po powrocie do Hiszpanii sytuacja wróciła do normy.
Na wakacjach w Polsce bardzo lubię czas, kiedy dzieci zostają z dziadkami na działce, ja zaś sama czmycham do Warszawy. W tym roku były to zaledwie trzy dni, wypełnione bardzo intensywnym bieganiem po mieście. Z ciekawszych zdarzeń złożyłam wymówienie w pracy. Kończy mi się właśnie urlop wychowawczy, nie miałam więc wyjścia. Moja przemiła szefowa skomentowała to krótko: Nie ma pani czego żałować. To tak a propos aktualnej sytuacji w Muzeum i poważnego konfliktu między nowym dyrektorem a pracownikami tej szacownej instytucji.
Jeśli miałabym się w tym roku pokusić o jakąś ogólną refleksję na temat Warszawy, byłoby to: Skąd się wzięło w jednym mieście tylu dwudziestolatków. Poszukują kolejnej pracy, dzielą się wrażeniami z licznych zagranicznych wojaży. Podsłuchiwałam ich mimowolnie a to w kolejce po kawę w centrum handlowym a to w metrze, czując się zapóźniona o jakieś dziesięć, piętnaście lat.
Taki samotny wypad to jedyna w roku okazja, żeby zobaczyć się z koleżankami. Bardzo się zawszę cieszę z tych spotkań. Z Ewą byłam w świetnej indyjskiej restauracji Mandala, którą jak się później okazało, wszyscy znają i gdzie można naprawdę świetnie zjeść.

W Mandali wszystko było pyszne, szczególnie zaś kurczak w czerwonym sosie i koktail z mango

Z Mat. spotkałam się w jej renomowanej galerii M2, słynnej w warszawskim świecie sztuki współczesnej, potem zaś poszłyśmy do kina na “Różyczkę” (dobry wybór). U Żaka objadaliśmy się pizzą i opijali piwem w nieprzyzwoitej ilości, tuż przed wyjazdem u Agnieszki jadłam najlepszą tartę w życiu (proszę o przepis!!!).

Wspaniała tarta z serem feta i migdałami na pięknej zastawie z Bolesławca, czyli kolacja po królewsku
Dobrze było zobaczyć tyle bliskich mi osób, dzieci, które przyszły na świat w ciągu ubiegłego roku, przekonać się naocznie, że wszyscy mają się dobrze:)
Naszym dzieciom też było dobrze, rozpieszczała je cała rodzina z dziadkami na czele. Szymon bardzo rozwinął się językowo, niesamowite, że można zrobić tak duży postęp w tak krótkim czasie. Stał się też znacznie bardziej towarzyski, choć pod sam koniec wyczerpał chyba limit na nowe twarze, bo na kolejne osoby zaczął reagować histerycznie i ciągle pytał o tatę. Marianka najchętniej zostałaby w Polsce, na każdym kroku powtarzała, że nasz kraj podoba jej się dużo bardziej niż Hszpania i nie chodziło jej tylko o wizualne walory, choć ciągle zachwycała się zielenią. Najważniejsza była bliskość rodziny, tym bardziej, że miała okazję spotkać się z jednymi i drugimi dziadkami, z niemal z wszystkimi wujkami i ciociami oraz ich dziećmi. Był taki moment, kiedy staliśmy z moimi braćmi i ich żonami na działce rodziców przy baseniku, w którym kąpały się wszystkie nasze dzieci, był to widok tak rzadki, że zaraz przemieniliśmy się w grupę paparazzi.
Mój drugi brat, który nie mógł być na ślubie, odwiedził nas później na działce, przy okazji zabierając mnie z Warszawy. Jechaliśmy trasą przez Sokołów i przypomniał nam się billboard, na którego widok, zarówno ja z Michałem jak i on z żoną, od lat dostawaliśmy ataku śmiechu. Zastanawialiśmy się, czy jeszcze tam jest, razem z bratową wypatrywałyśmy go uważnie, jednak minęliśmy miasteczko a po plakacie ani śladu. A ż tu nagle, kiedy już straciliśmy nadzieję, jest! Zawróciliśmy gwałtownie, wysiadłam z samochodu, żeby zrobić zdjęcia i oto mogę pokazać i Wam nasz ulubiony billboard reklamujący sokołowskie zakłady mięsne:

Wracałam do Hiszpanii nasycona wrażeniami, obładowana trzema wypełnionymi po brzegi walizami. Niestety okazało się, że mam spory nadbagaż a że trafiłam na pana służbistę, musiałam na środku hali lotniska wyciągać książki i inne ciężkie rzeczy. Dla mnie sama perspektywa lotu z dwójką dzieci jest wystarczająco stresująca nie mówiąc o tego typu przygodach. Na szczęście był z nami teść i ciocia Joasia, siostra Michała, która wykazała się zarówno znajomością lotniskowej infrastruktury jak i w ogóle trzeźwością umysłu, co bardzo mi pomogło. Sam lot, choć czterogodzinny, minął zadziwiająco szybko, zajęta byłam podczytywaniem gazety, dwukrotnym ratowaniem z opresji dzieci zalanych herbatą (dla Marianki nie miałam ubrania na zmianę), kupowaniem rogalików z czekoladą, bez których dla Mani i Szymona przelot zupełnie by się nie liczył oraz obsługą typu podaj kanapkę, daj pić, zaprowadź na siku itp. Całe szczęście, że nie trafiliśmy na strajk hiszpańskich kontrolerów lotów, który właśnie dziś się rozpoczął.
...uciekam pałaszować nowo odkryte, znakomite czekoladowo - miętowe lody Nestle:)
W związku z chorobą Szymona musieliśmy zmienić plany towarzyskie, większość rodziny w ostatniej chwili ominął piknik, zaplanowany na jedyny dzień, w którym mogliśmy się wszyscy spotkać w zaprzyjaźnionym emigracyjnym gronie. Poszłam sama, Mania wolała zostać w domu z tatą i bratem. Na tych naszych piknikach zawsze jest dobre jedzenie ale ilość pysznych sałatek i przekąsek na ostatnim, wprawiła mnie w błogostan. W podobnych okolicznościach zazwyczaj Michał lub ja pytamy retorycznie: gdzie byłoby nam tak dobrze, gdzie moglibyśmy sobie tak siedzieć, spotykać się ze znajomymi, odpoczywać, bawić się z dziećmi. Uświadamiamy sobie wtedy, że jeszcze nie tak dawno tygodniami nie mieliśmy czasu, żeby przejść się po naszym Ursynowie. Swoją drogą ciekawe czy w tym roku Ursynów też jest tak cudnie zielony.

Życzę wszystkim, którzy tu zaglądają wspaniałych wakacji zaś moim warszawskim koleżankom zostawiam wiadomość, że będę miała mocno ograniczony dostęp do internetu, za to numer telefonu ten sam co w zeszłym roku (czyli stara komórka Michała)
Do zobaczenia!
Dziś zapraszam na Costa Blanca, w okolice Alicante, na typową potrawę z tamtego regionu - arroz a banda (arroz = ryż). Rozsmakowałam się ostatnio w potrawach z ryżu z paellery, prawdę mówiąc wcześniej powstrzymywał mnie przed ich przyrządzaniem wyłącznie fakt, że biały ryż w mojej cudownej diecie SB, uważany jest za produkt niewskazany (ze względu na wysoki indeks glikemiczny, takie tam dietetyczne czary-mary). Nie odchudzam się nieustannie, próbuję raczej nie przytyć ale raz na jakiś czas można przecież zaszaleć.
Arroz a banda, zjedzony niemal dokładnie przed rokiem w Alicante, zapadł mi w pamięć jako potrawa wyjątkowo smaczna, postanowiłam ją więc odtworzyć, choć nie bez strachu przed niepowodzeniem. Odniosłam ostatnio sporo spektakularnych kulinarnych porażek, chociażby tort na urodziny męża, z przepisu, który wszystkim wychodzi. Nie dość, że biszkopt nie specjalnie wyrósł (wszystkim wręcz uciekał z tortownicy) to jeszcze za mało nasączyłam placki i góra wyszła zbyt sucha. Crema catalana ochrzciłam za to taką ilością śmietanki, że deser zamiast stać się budyniem, pozostał płynem, dobrze chociaż że smacznym. I jeszcze arroz a banda, zrobione tydzień temu, niby dobre (wszystkim smakowało) ale to jednak nie to. Można powiedzieć, że nie jest źle, jeśli potrafi się dociec, co poszło nie tak, jest duża szansa, że następnym razem się uda, o ile się człowiek nie zniechęci. Ja miałam dużą ochotę powalczyć jeszcze raz z arroz a banda, pewna, że wcześniej zawiodły składniki.
A do przyrządzenia tej śródziemnomorskiej potrawy potrzebne są:

½ kg. krewetek
½ kg. kalmarów
½ kg. ryżu do paelli
1 l. bulionu rybnego
½ puszki rozdrobnionych pomidorów
1 cebula
3 ząbki czosnku
oliwa
sól
czerwona słodka papryka ( przyprawa)
szafran
Zaplanowałam arroz na obiad w ubiegłą sobotę ale kiedy poszłam do naszego sklepu, okazało się, że nie ma już krewetek, kupiłam mrożone i niestety... Nie jest to dobra informacja, ponieważ w Polsce o świeże krewetki trudno a jeśli już, odstraszają ceną, jednak mrożone nijak się do nich mają. Pierwsze to kawałki mięsa, drugie - gumy. Pamiętam jak wiele lat temu mój brat wrócił z Nowej Zelandii, gdzie jako student pracował przez kilka wakacyjnych miesięcy. Zachwycał się tak bardzo krewetkami w sosie curry, że postanowiłam coś podobnego zrobić, kupiłam mrożone i klapa. Kolejny raz jadłam krewetki na wernisażu w Pałacu Prezydenckim, gdzie czasem służbowo zdarzało mi się bywać (cudnie to brzmi), catering był świetny, tylko krewetki gumowe. Utwierdziłam się w związku z tym w przekonaniu, że te paskudne stworzenia są całkowicie przereklamowane i spożywa się je wyłącznie ze snobizmu. W Hiszpanii długo szerokim łukiem omijałam stoisko rybne w naszym sklepie, zanim odważyłam się kupić cokolwiek. Wiązało się to zarówno z nieznajomością języka (nie jest to stoisko samoobsługowe), jak i z nieznajomością rybnego tematu. Dziś jestem stałą klientką, najczęściej kupuję filety z lubiny (pol. labraks) – mojej niekwestionowanie ulubionej ryby, z dorady, łososia i coraz częściej krewetki. Ku mojemu zdumieniu okazało się bowiem, że świeże gambas czy langostinos (gatunki różniące się znacznie wielkością i ceną) są smaczne i bardzo sycące, wystarczy wrzucić je w całości na oliwę, doprawić solą i czosnkiem, można też upiec skropione oliwą, z plasterkami czosnku, po czym podać z natką pietruszki i cytryną albo też obrane dodać do sałatki. Jednym słowem świeża krewetka to dopiero jest krewetka. Kupuję zazwyczaj langostinos, nie dość, że są dwa razy tańsze od gambas, to jeszcze dwa, trzy razy większe. To dla mnie najważniejszy argument, mam wrażenie, że po oderwaniu główek i ogonów, z mikroskopijnych gambas, niewiele by zostało.
Wróćmy jednak do ryżu, dziś postanowiłam spróbować jeszcze raz (to niemal relacja na żywo:)), tym razem tak jak należy, ze świeżymi krewetkami i tego właśnie tej potrawie było trzeba. Wyszła pyszna, naprawdę pyszna, jako kucharka, której ostatnio nic nie wychodzi, mogę chwalić się bez żenady;)
A nasz arroz robi się tak: przygotowujemy krewetki i kalmary obierając je i krojąc te ostatnie w dzwonka. Gdyby tak ktoś przed wyjazdem z Polski powiedział mi, że z werwą będę odrywać krewetkom głowy i patroszyć oraz obierać ze skórki kalmary, nie uwierzyłabym. Mało co napawało mnie takim wstrętem jak owoce morza. Nawet te mrożone krewetki, o których wspominałam, jadłam w poczuciu, że to prawdziwy akt odwagi. Zaś nasze dzieci są od niedawna prawdziwymi krewetkożercami, Szymon jeszcze surowe oglądał z uwagą i koniecznie chciał spróbować, Manię długo musiałam namawiać ale dziś właśnie przełamała się i.. następnym razem liczbę krewetek muszę znacznie zwiększyć.

Bardzo niefotogeniczny mam ten blat kuchenny, jak zresztą i całą kuchnię, nie chce mi się jednak biegać podczas gotowania do innych pomieszczeń, żeby zrobić zdjęcia. Niektórym się chce i zdjęcia w ich kulinarnych blogach nie przestają mnie zachwycać.
Pokrojoną drobno cebulę podsmażamy na oliwie, dodajemy również pokrojony czosnek, potem zaś owoce morza. Wszystko smażymy do złotości na niezbyt dużym ogniu, uważając, żeby się nie przypaliło.

Dolewamy pomidory i czekamy aż niemal cała woda wyparuje.

Dosypujemy ryż, mieszamy przesmażając go przez chwilę...

... po czym zalewamy wszystko bulionem. Użyłam gotowego bulionu z kartonu (bez konserwantów), robienie domowego wywaru z ryb przekracza aktualnie wszelkie moje możliwości. Doprawiamy całość solą, papryką i odrobiną szafranu.

Czerwona słodka papryka to chyba najczęściej używana w Hiszpanii przyprawa, zaś szafran, może was zaskoczę – mieszkam w jego światowej stolicy! Z Kastylii la Manchy pochodzi bowiem większość światowej produkcji tej przyprawy, przy czym szafran z naszych okolic uważany jest za najlepszy. Przyznam, że zdziwiłam się niemało, dowiadując się o tym, ponieważ nie widziałam w pobliżu ani jednego krokusa. Poszperawszy jednak w internecie znalazłam trochę informacji i mam nadzieję, że jesienią będę Was mogła uraczyć specjalnym wpisem o szafranie i szafranowych fiestach.
Trzymamy nasz arroz przez 10 minut na mocnym ogniu i kolejne 10 na słabym, po tym czasie cały płyn powinien zostać wchłonięty. Arroz a banda tradycyjnie podaje się z cytryną i czosnkowym sosem allioli, jest to obiad bardzo sycący a w warunkach śródziemnomorskich również niedrogi.

Zdaję sobie sprawę, że dość trudno będzie przenieść ten przepis na polski grunt ale może choć posłuży za inspirację do ryżowo – bulionowych eksperymentów, dla mnie nowe i niezbyt trudne potrawy to prawdziwa frajda, świetnie się bawię zamiast stać smętnie nad garnkami.
Na koniec chciałabym się jeszcze podzielić pomysłem na śniadanie w hiszpańskim stylu. Rzadko zdarza mi się znaleźć rano w kafejce ale jeśli już ma to miejsce, na przykład kiedy jestem w szpitalu u męża w Almansie, nigdy nie przepuszczę okazji, żeby zjeść tostada con tomates y atun. Jest to banalnie prosta i bajecznie smaczna przekąska, odtworzyłam ją ostatnio w domu i smakowała dokładnie jak ta z cafeterii. Potrzebne są nam:
bagietka
tuńczyk z puszki w oliwie
dojrzałe pomidory
przetarte pomidory z puszki
oliwa, sól, pieprz
Bagietkę kroimy na kawałki i opiekamy w piekarniku. Na ciepłą, chrupiącą bułkę nakładamy pokrojone drobno pomidory zmieszane wcześniej z odrobiną przetartych pomidorów z puszki, odsączone oraz doprawione solą i pieprzem. Na pomidory kładziemy górę tuńczyka, polewamy oliwą i gotowe. Sekret tkwi w dojrzałych pomidorach i tuńczyku. Zazwyczaj kupuję tuńczyka w postaci dużych kawałków w słoiku, jednak tost jak z hiszpańskiej kafejki wymaga zwykłego, rozdrobnionego z puszki. Ależ się dziś rozpisałam. Smacznego!
sobota, 31 lipca 2010
Licznik odwiedzin: 22 231
| « lipiec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | |||
| 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 |
| 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 |
| 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 |
| 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | |

Ania, żona i mama, trzydziestoparolatka, historyk sztuki z zawodu. Od ponad dwóch lat wraz z rodziną w Hiszpanii.
Hiszpania i nasze życie w Kastylii La Manchy
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: